wtorek, 14 maja 2019

#4 Kapitał (100 do 30)



Dzisiejszy dzień spędziłam na szpitalnym oddziale zanurzona w strumieniu ludzkiej życzliwości. 
Z towarzyszkami niedoli dzielimy się historiami, pocieszamy, żartujemy, zachwycamy personelem. 
Dlaczego czasem łatwiej przychodzi porozmawiać z nieznajomą z łóżka obok, niż z tymi, których mamy na co dzień?
Żadna z nas jeszcze dotąd nie miała tylu pozytywnych wspomnień ze szpitalnych korytarzy. 
Magia? 
Tak powinno być zawsze i wszędzie?
Ostatecznie w mojej lekko otumanionej głowie zaczyna się kołatać, że choć przydatne i owocne, to romanse i poszukiwania w obszarach, po których krążę od kilku lat i szukam szczęścia, nie zastąpią ludzkiego kapitału.  Życzliwości, uśmiechu, empatii, społecznych więzi.  A w tym rejonie, mam wrażenie od lat, szaleje powszechny kryzys.  Dręczy mnie ten temat od kilku dni i mam niejasne przeczucie, że ostatecznie zmieni kierunek moich działań...

niedziela, 5 maja 2019

#3 Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami (100 do 30)



     Skok do miasta na małą dawkę kultury.
Capitol jak zwykle niezawodny i choć to nie to samo, co Mistrz i Małgorzata, to Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami na poprawę humoru sprawdzi się znakomicie.  I te retro klimaty... uwielbiam.  Najlepsze - orkiestra i  Ella Fitzgerald.  Generalnie polecam. 
I tego było mi trzeba. 


sobota, 4 maja 2019

#2 Świeżo malowane (100 do 30)


Miałam w planach ambitniejsze przemyślenia, ale dziś doznałam olśnienia na zupełnie innym froncie, ot tak zupełnie przy okazji...

Jak wiele satysfakcji w życiu dostarcza widok czystych ścian człowiek dostrzega zwykle dopiero na widok świeżo malowanego.  Zebrałam się w sobie i korzystając ze skrzętnie zasłoikowanych resztek farb zamalowałam kawowe odpryski i plamy niewiadomego pochodzenia na kuchennych ścianach.  Wszystkie smugi i ślady obuwia w przedpokoju.  Nawet obdrapaną wnękę ukrywającą odkurzacz, której nikt poza nami nigdy nie ogląda.  

Szybkie kosmetyczne machnięcia pędzlem w towarzystwie miniaturowego wałeczka. 
Małe dopieszczenie własnej przestrzeni.  
I poczułam się jakby luksusowo.  
Osłabiło mi to nawet potrzebę pilnej przeprowadzki*.

*zakupiona niedawno monstera też ma w tym swój udział, a cisza sugeruje, że sąsiedzi wyjechali na majówkę moknąć i marznąć gdzieś indziej 

piątek, 3 maja 2019

#1 - Sto do trzydziestu




Sama potrzebuję się zmotywować, a raczej uporządkować.

     Do 30-stki zostało mi niespełna 4 miesiące, stąd 100 dni z małym zapasem na nieprzewidziane okoliczności.   100 dni  na pchnięcie starych spraw do przodu,  wytyczenie kursu,  spełnianie małych życzeń i przygotowania na nową dekadę.  Nie czuję ani tęsknoty za tym co było, ani nie mam wrażenia jakiejś niezwykłej przełomowości okrągłych urodzin.  Mam jednak wrażenie, że najlepsze dopiero przede mną, więc czemu by nie wskoczyć w nie z rozmachem?!  Pora więc na poważnie skupić się na tym czego mi trzeba!  Dziś zaczynam, z przekonaniem, że jak tym razem się nie uda, to już nie wiadomo kiedy.  Na początek materializuję natrętne myśli ostatnich miesięcy i wreszcie zakładam konto na Instagramie- raczej z pozycji obserwatora - żal mi ginących w niepamięci pięknych obrazów i inspirujących osób.

     Żeby tylko odwlec tę chwilę zabrałam się za realizację wszystkich małych kroczków, na które się z sobą ostatnio umawiam i jak widać wyczerpały mi się wymówki.  W zasadzie zawsze to jakiś przewrotny sposób na zwiększenie efektywności osiągania zamierzonych celów. 

sobota, 12 stycznia 2019

Kraina paradoksów



     Z wewnętrznego chaosu wyklarowało mi się, że jednocześnie chcę tylu różnych rzeczy i próbuję ogarnąć tyle spraw, że chyba trzeba być nienormalnym, by zakładać, że się da i nie grozi człowiekowi szaleństwo.  Jednak potem doszłam do wniosku, że nie takie znowu nienormalne.
Po prostu życie!  Bo dlaczego nie mielibyśmy mieć i robić wszystkiego, co nam się zamarzy?  
Tu by ponownie można powiedzieć, że nie, bo życie... 
     Nie wszystko na raz, nie w tym samym momencie, ale tak w ogóle, to czemu nie?

  Tradycyjnie zazwyczaj problemy stwarzamy sobie sami, zatem ja wyhodowała sobie co następuje:

Przede wszystkim chciałabym sobie oszczędzić stresu, niepotrzebnej nerwówki i wiecznej bieganiny.  Jednocześnie w myśl popularnym ludowym maksymom, że życie jest krótkie, a inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą - śpieszę się na okrągło, a w przypadku niezagospodarowanych minut, bardzo szybko wymyślam sobie kolejne bardzo pilne super ważne zajęcie, do realizacji na już.  No bo przecież pewnie życie mi to odmieni ;)

Męczą mnie ekologiczne wyrzuty sumienia, chciałabym być bardziej zielona, a mniej śmiecąca.  Niby segreguję, plastikowych butelek i toreb unikam jak diabeł święconej wody, zastanawiam się zanim kupię, nie pogardzę używanym, ale cały czas mam wrażenie, że to kropla w morzu.  Czyli pora na bardziej zdecydowane kroki...  Nie chciałabym jednak zostać totalnym ekologicznym oszołomem i sterroryzować rodziny, a to zdecydowanie spowalnia moje działania.  

Wszechobecny konsumpcjonizm i pęd nie wiadomo do czego, budzą we mnie potrzebę skupienia na tych sprawach małych i dużych, które decydują o jakości życia.  Zwłaszcza na tych drobiazgach.  To wszystko wymaga pewnego zaangażowania i łatwo wpaść w pułapkę robienia wszystkiego.   Odczuwam to najbardziej w temacie kulinariów.  Gdy zaczynam się zastanawiać, nad tym, czy może jednak ukręcić majonez, bo wcisnę to jakoś w plan dnia, to znak, ze już lekko przesadzam ;)

A więc balans, bo ciągle wierzę że da się żyć fajnie, z zaangażowaniem zamiast płynąć bezmyślnie z nurtem dzień za dniem do emerytury (takie porównanie dla głęboko wierzących ;) i nie zwariować z braku czasu.  Choć pocieszam się, ze póki priorytetem jest dla mnie dobrze przespana noc- jest nadzieja :)

piątek, 23 listopada 2018

Nuda i czarna sól


     Rzuciłam okiem na zapasy, wyciągnęłam pewne wnioski, wytypowałam kilku straceńców i tradycyjnie zwlekam z zabraniem się za sprawy najtrudniejsze.  Póki co jednak...

   Ubrań na upartego starczy mi chyba na dekadę ( no może poza bielizną).  Nie wiem czy realnie da się to wszystko "znosić".   Chciałabym, ale się boję.  Że to niewykonalne i polegnę w tym ekologicznym eksperymencie...  Od dawna katuję kilka sztuk odzieży w ramach redukcji - niektóre elementy już skapitulowały, inne -liczę, że wkrótce- wywieszą białą flagę, ale to osobny temat-rzeka, więc głębsze wywody na ten temat zostawiam sobie na przyszłość.

     Kuchenne szafki nie kryją większych niespodzianek.  Armia ulubionych produktów regularnie znika i pojawia się na nowo.  Choć przyznam, że uwielbiam smakować nowinki.  Był moment kiedy zachłysnęłam się tą spożywczą różnorodnością, jaka pojawiła się na sklepowych półkach.  Oleje kokosowe, chia, kumin, konopie, suszona morwa... Kiedyś tego nie było, a teraz proszę - na wyciągnięcie ręki.  Kupowałam więc co się dało i serwowałam naszym kubkom smakowym nowe doznania.  Potem przykładowo takie ziarna prosa zalegały mi w szafkach, bo niezbyt wiedziałam co z nimi zrobić i niezbyt mi smakowały.  Najpierw traciłam na to wszystko miliony monet i biegałam po sklepach, a potem głowiłam się co tu teraz z tego upichcić.  Trochę się opanowałam w tym temacie, przejrzałam na oczy i dalej sięgam po nowinki, ale już bez szaleństw.  Okazjonalnie (mam nadzieję). 

     Zapasy herbat, ziół wszelakich i przypraw prezentują się na bogato.  Tu wzmagam czujność, bo choć korzystam na bieżąco i bezlitośnie wykańczam resztki, to jest kilka zapomnianych kopciuszków z którymi mi nie po drodze.  Lądują na widoku do szybkiego wykorzystania.  Nie wiem po dziś dzień  po co była mi wielka paczka czarnej soli o jajecznym posmaku...  Znaczy się, tak naprawdę wiem.   Chciałam spróbować tofucznicy, bo nie mogłam jeść jajek ale jakoś się u mnie nie przyjęła.  Za jajkami tęskniłam mimo to...   Jeśli się do tej nieszczęsnej soli nie przekonam, to  skończy się na tym, że w tym bogactwie minerałów wymoczę stopy (chyba już wspominałam, że nie lubię marnować ;)  

     Zapasów kosmetycznych praktycznie nie posiadam.   Kiedyś ten temat przewałkowałam i o dziwo efekt okazał się trwały.  Zużywam bezlitośnie, poczekalnia obejmuje zwykle kostkę mydła, tusz do rzęs, pastę do zębów czy krem, który czeka aż obecnie katowane specyfiki się wykończą.  Czekają głównie artykuły, których brak oznacza małą apokalipsę (pasta do zębów i mydło).  Tak jakby nieco nudno w tym temacie...  Pomyślę na przyszłość o wprowadzeniu jakiegoś dramatyzmu ;p 

     Mam jeszcze cały szereg wstążeczek, karteluszek, koralików, włóczek, korków po winie, torebek prezentowych... Nawet w to nie zajrzałam...  W głowie kołacze mi jednak myśl o bojkocie przedświątecznej konsumpcji i może w ramach eko-slow-buntowniczego Adwentu wzbiję się na wyżyny kreatywności i coś z tym zrobię.  Coś mi się tak tym torem przetwarza w tych okolicach pomiędzy zwojami ;)

czwartek, 15 listopada 2018

Tydzień przeglądania zapasów i wydawanie wyroków

     

     Skoro zakładam, że (prawie ;p) wszystko mam, to powinnam zacząć od przynajmniej pobieżnej weryfikacji stanu posiadania. 

     Tu na wstępie warto chyba wspomnieć, że raczej nie będzie to dramatyczna historia o tym jak spektakularnie odgruzowałam przestrzeń po rzuceniu pracy w korpo i okryłam mnogość wariantów tych samych przedmiotów we własnym domu, którymi to pocieszałam się na kompulsywnych zakupach, próbując zatuszować smutek duszy. 

    Ja jestem w tym temacie względnie ogarnięta.  Zamieszkuje niewielkie miasteczko,więc cześć pokus takich jak centra handlowe, omija mnie szerokim łukiem.   Troska o dobro Planety nie pozwala mi hasać przez życie z wypełnionym po brzegi koszykiem jednorazowych przyjemności made in China.  Metraż naszego mieszkania ogranicza dość skutecznie co większe zakupowe zapędy.  Ba, ja nie znoszę galerii i supermarketów, a zwykłe codzienne zakupy to dla mnie konieczna acz niepowetowana strata czasu.  Gdyby nie shopping online byłabym zapewne bogata ;p 
   
Prawda jest jednak taka, że niemal wszyscy konsumujemy jak szaleni.  Niemal nikomu nie przynosi to długofalowych korzyści, ani szczęścia (podobno).   I zmierzamy ku globalnej ekologicznej katastrofie (albo zwyczajnie nie zauważamy, że już w niej tkwimy po uszy).  Nie ma się co oszukiwać- chcemy żyć szczęśliwie i względnie wygodnie i ja nie jestem w tej kwestii żadnym nawiedzonym wyjątkiem.  Szukam więc balansu. 

     Zapasy to dość szerokie pojęcie.  Wypełnione kuchenne szafki,  kompania skarpet na najbliższą dekadę, piwnica napakowana kompotem i kiszonymi ogórkami.  Pudełko włóczek, sterta połówek czystych kartek do zużycia w ramach oszczędności papieru, półka nieprzeczytanych książek.   Potrzebne mniej lub bardziej.  Generujące poczucie bezpieczeństwa albo stertę wyrzutów sumienia.  Skrzyżowanie fascynacji minimalizmem, ekologicznych zapędów i jakoś tam pojętej zgodnie z rodzinną tradycją gospodarności. 

  Mam, a więc przeglądam i zużywam co mam. 
     Co oznacza, że sięgam głęboko do szafki z zapasami spożywczymi  i w ciężkim szoku odkrywam tam puszkę pomidorów nieco starszych niż rekomendowana data spożycia.  Pstryczek w nos, bo myślałam, ze jestem w tym temacie prawdziwym mistrzem ogarnięcia . 

     Mam żelazny zapas ziół i herbat.  Soli wystarczy mi w razie wybuchu wojny -mam himalajską, cypryjską, czarną, białą, różową, morską, kłodawską... i niewiele solę, a przynajmniej wierzę, że nie solę - tempo zużycia tych zapasów zdaje się to potwierdzać.

   Priorytetowo postanawiam skupić się na szufladzie z przyprawami i lodówce.  Przekopać zamrażalnik, wytypować do intensywniejszej znajomości nieużywane kosmetyki. 
     Naprawdę lubię wyrzucać (wyrzucania żywności jednak nie trawię jak mało czego).  Zrobione od czasu do czasu porządki i wietrzenie szuflad szczerze mnie satysfakcjonują.  Schody pojawiają się w momencie, gdy narzucimy na to głębszą- nazwijmy ją tu ogólnie ekologiczną- refleksję. 

     Zamiast szybkiego spotkania z osiedlowym śmietnikiem, czasem wręcz żmudny proces myślowy.  Nie wyrzucać,  spożytkować, przekształcić, oddać, sprzedać, wymienić...

Zamiast ekologicznej opresji potraktować to jak wyzwanie.  I spróbować świetnie się przy tym eksperymencie bawić.   Nie od razu Rzym zbudowano.  Taki mam plan.