sobota, 12 stycznia 2019

Kraina paradoksów



     Z wewnętrznego chaosu wyklarowało mi się, że jednocześnie chcę tylu różnych rzeczy i próbuję ogarnąć tyle spraw, że chyba trzeba być nienormalnym, by zakładać, że się da i nie grozi człowiekowi szaleństwo.  Jednak potem doszłam do wniosku, że nie takie znowu nienormalne.
Po prostu życie!  Bo dlaczego nie mielibyśmy mieć i robić wszystkiego, co nam się zamarzy?  
Tu by ponownie można powiedzieć, że nie, bo życie... 
     Nie wszystko na raz, nie w tym samym momencie, ale tak w ogóle, to czemu nie?

  Tradycyjnie zazwyczaj problemy stwarzamy sobie sami, zatem ja wyhodowała sobie co następuje:

Przede wszystkim chciałabym sobie oszczędzić stresu, niepotrzebnej nerwówki i wiecznej bieganiny.  Jednocześnie w myśl popularnym ludowym maksymom, że życie jest krótkie, a inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą - śpieszę się na okrągło, a w przypadku niezagospodarowanych minut, bardzo szybko wymyślam sobie kolejne bardzo pilne super ważne zajęcie, do realizacji na już.  No bo przecież pewnie życie mi to odmieni ;)

Męczą mnie ekologiczne wyrzuty sumienia, chciałabym być bardziej zielona, a mniej śmiecąca.  Niby segreguję, plastikowych butelek i toreb unikam jak diabeł święconej wody, zastanawiam się zanim kupię, nie pogardzę używanym, ale cały czas mam wrażenie, że to kropla w morzu.  Czyli pora na bardziej zdecydowane kroki...  Nie chciałabym jednak zostać totalnym ekologicznym oszołomem i sterroryzować rodziny, a to zdecydowanie spowalnia moje działania.  

Wszechobecny konsumpcjonizm i pęd nie wiadomo do czego, budzą we mnie potrzebę skupienia na tych sprawach małych i dużych, które decydują o jakości życia.  Zwłaszcza na tych drobiazgach.  To wszystko wymaga pewnego zaangażowania i łatwo wpaść w pułapkę robienia wszystkiego.   Odczuwam to najbardziej w temacie kulinariów.  Gdy zaczynam się zastanawiać, nad tym, czy może jednak ukręcić majonez, bo wcisnę to jakoś w plan dnia, to znak, ze już lekko przesadzam ;)

A więc balans, bo ciągle wierzę że da się żyć fajnie, z zaangażowaniem zamiast płynąć bezmyślnie z nurtem dzień za dniem do emerytury (takie porównanie dla głęboko wierzących ;) i nie zwariować z braku czasu.  Choć pocieszam się, ze póki priorytetem jest dla mnie dobrze przespana noc- jest nadzieja :)

piątek, 23 listopada 2018

Nuda i czarna sól


     Rzuciłam okiem na zapasy, wyciągnęłam pewne wnioski, wytypowałam kilku straceńców i tradycyjnie zwlekam z zabraniem się za sprawy najtrudniejsze.  Póki co jednak...

   Ubrań na upartego starczy mi chyba na dekadę ( no może poza bielizną).  Nie wiem czy realnie da się to wszystko "znosić".   Chciałabym, ale się boję.  Że to niewykonalne i polegnę w tym ekologicznym eksperymencie...  Od dawna katuję kilka sztuk odzieży w ramach redukcji - niektóre elementy już skapitulowały, inne -liczę, że wkrótce- wywieszą białą flagę, ale to osobny temat-rzeka, więc głębsze wywody na ten temat zostawiam sobie na przyszłość.

     Kuchenne szafki nie kryją większych niespodzianek.  Armia ulubionych produktów regularnie znika i pojawia się na nowo.  Choć przyznam, że uwielbiam smakować nowinki.  Był moment kiedy zachłysnęłam się tą spożywczą różnorodnością, jaka pojawiła się na sklepowych półkach.  Oleje kokosowe, chia, kumin, konopie, suszona morwa... Kiedyś tego nie było, a teraz proszę - na wyciągnięcie ręki.  Kupowałam więc co się dało i serwowałam naszym kubkom smakowym nowe doznania.  Potem przykładowo takie ziarna prosa zalegały mi w szafkach, bo niezbyt wiedziałam co z nimi zrobić i niezbyt mi smakowały.  Najpierw traciłam na to wszystko miliony monet i biegałam po sklepach, a potem głowiłam się co tu teraz z tego upichcić.  Trochę się opanowałam w tym temacie, przejrzałam na oczy i dalej sięgam po nowinki, ale już bez szaleństw.  Okazjonalnie (mam nadzieję). 

     Zapasy herbat, ziół wszelakich i przypraw prezentują się na bogato.  Tu wzmagam czujność, bo choć korzystam na bieżąco i bezlitośnie wykańczam resztki, to jest kilka zapomnianych kopciuszków z którymi mi nie po drodze.  Lądują na widoku do szybkiego wykorzystania.  Nie wiem po dziś dzień  po co była mi wielka paczka czarnej soli o jajecznym posmaku...  Znaczy się, tak naprawdę wiem.   Chciałam spróbować tofucznicy, bo nie mogłam jeść jajek ale jakoś się u mnie nie przyjęła.  Za jajkami tęskniłam mimo to...   Jeśli się do tej nieszczęsnej soli nie przekonam, to  skończy się na tym, że w tym bogactwie minerałów wymoczę stopy (chyba już wspominałam, że nie lubię marnować ;)  

     Zapasów kosmetycznych praktycznie nie posiadam.   Kiedyś ten temat przewałkowałam i o dziwo efekt okazał się trwały.  Zużywam bezlitośnie, poczekalnia obejmuje zwykle kostkę mydła, tusz do rzęs, pastę do zębów czy krem, który czeka aż obecnie katowane specyfiki się wykończą.  Czekają głównie artykuły, których brak oznacza małą apokalipsę (pasta do zębów i mydło).  Tak jakby nieco nudno w tym temacie...  Pomyślę na przyszłość o wprowadzeniu jakiegoś dramatyzmu ;p 

     Mam jeszcze cały szereg wstążeczek, karteluszek, koralików, włóczek, korków po winie, torebek prezentowych... Nawet w to nie zajrzałam...  W głowie kołacze mi jednak myśl o bojkocie przedświątecznej konsumpcji i może w ramach eko-slow-buntowniczego Adwentu wzbiję się na wyżyny kreatywności i coś z tym zrobię.  Coś mi się tak tym torem przetwarza w tych okolicach pomiędzy zwojami ;)

czwartek, 15 listopada 2018

Tydzień przeglądania zapasów i wydawanie wyroków

     

     Skoro zakładam, że (prawie ;p) wszystko mam, to powinnam zacząć od przynajmniej pobieżnej weryfikacji stanu posiadania. 

     Tu na wstępie warto chyba wspomnieć, że raczej nie będzie to dramatyczna historia o tym jak spektakularnie odgruzowałam przestrzeń po rzuceniu pracy w korpo i okryłam mnogość wariantów tych samych przedmiotów we własnym domu, którymi to pocieszałam się na kompulsywnych zakupach, próbując zatuszować smutek duszy. 

    Ja jestem w tym temacie względnie ogarnięta.  Zamieszkuje niewielkie miasteczko,więc cześć pokus takich jak centra handlowe, omija mnie szerokim łukiem.   Troska o dobro Planety nie pozwala mi hasać przez życie z wypełnionym po brzegi koszykiem jednorazowych przyjemności made in China.  Metraż naszego mieszkania ogranicza dość skutecznie co większe zakupowe zapędy.  Ba, ja nie znoszę galerii i supermarketów, a zwykłe codzienne zakupy to dla mnie konieczna acz niepowetowana strata czasu.  Gdyby nie shopping online byłabym zapewne bogata ;p 
   
Prawda jest jednak taka, że niemal wszyscy konsumujemy jak szaleni.  Niemal nikomu nie przynosi to długofalowych korzyści, ani szczęścia (podobno).   I zmierzamy ku globalnej ekologicznej katastrofie (albo zwyczajnie nie zauważamy, że już w niej tkwimy po uszy).  Nie ma się co oszukiwać- chcemy żyć szczęśliwie i względnie wygodnie i ja nie jestem w tej kwestii żadnym nawiedzonym wyjątkiem.  Szukam więc balansu. 

     Zapasy to dość szerokie pojęcie.  Wypełnione kuchenne szafki,  kompania skarpet na najbliższą dekadę, piwnica napakowana kompotem i kiszonymi ogórkami.  Pudełko włóczek, sterta połówek czystych kartek do zużycia w ramach oszczędności papieru, półka nieprzeczytanych książek.   Potrzebne mniej lub bardziej.  Generujące poczucie bezpieczeństwa albo stertę wyrzutów sumienia.  Skrzyżowanie fascynacji minimalizmem, ekologicznych zapędów i jakoś tam pojętej zgodnie z rodzinną tradycją gospodarności. 

  Mam, a więc przeglądam i zużywam co mam. 
     Co oznacza, że sięgam głęboko do szafki z zapasami spożywczymi  i w ciężkim szoku odkrywam tam puszkę pomidorów nieco starszych niż rekomendowana data spożycia.  Pstryczek w nos, bo myślałam, ze jestem w tym temacie prawdziwym mistrzem ogarnięcia . 

     Mam żelazny zapas ziół i herbat.  Soli wystarczy mi w razie wybuchu wojny -mam himalajską, cypryjską, czarną, białą, różową, morską, kłodawską... i niewiele solę, a przynajmniej wierzę, że nie solę - tempo zużycia tych zapasów zdaje się to potwierdzać.

   Priorytetowo postanawiam skupić się na szufladzie z przyprawami i lodówce.  Przekopać zamrażalnik, wytypować do intensywniejszej znajomości nieużywane kosmetyki. 
     Naprawdę lubię wyrzucać (wyrzucania żywności jednak nie trawię jak mało czego).  Zrobione od czasu do czasu porządki i wietrzenie szuflad szczerze mnie satysfakcjonują.  Schody pojawiają się w momencie, gdy narzucimy na to głębszą- nazwijmy ją tu ogólnie ekologiczną- refleksję. 

     Zamiast szybkiego spotkania z osiedlowym śmietnikiem, czasem wręcz żmudny proces myślowy.  Nie wyrzucać,  spożytkować, przekształcić, oddać, sprzedać, wymienić...

Zamiast ekologicznej opresji potraktować to jak wyzwanie.  I spróbować świetnie się przy tym eksperymencie bawić.   Nie od razu Rzym zbudowano.  Taki mam plan. 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Jak się nie ma co się lubi...

     
Kocham wiejskie drogi i nostalgiczne chaszczory- może tego mi trzeba ;)

    
 Sprawdzanie czego mi trzeba wbrew pozorom ostatnimi czasy żyło swoim życiem i przyniosło nawet pewne rezultaty.  Niestety tu nie znalazło swojego odbicia, bo proces generalnie toczył się i zapisywał w moich pamięciowych pokładach.  W efekcie mimo namacalnych efektów mam czasem wrażenie totalnego myślowego chaosu.  Jestem typowym zadaniowcem, kocham eksperymentować na sobie i wierzę (wierzyłam?), że wszystko ogarnę kumulując to w mózgowych zwojach.  Toteż odkładam pewne sprawy na wieczne później, a z kolei przez inne gnam jak w sztafecie.  Mam też problem z pewnymi rozdzierającymi mnie kwestiami, co do których ciężko mi się opowiedzieć na 100% po którejkolwiek ze stron.  Zatem postanowiłam nadać temu jakąś bardziej określoną formę i narzucić sobie jako taki reżim przemyśleń.  Tydzień wydał mi się przyjemnie powtarzalną i realnie uchwytną formą.  Ale konkretnie, bo miotam się nieskładnie pomiędzy własnymi refleksjami.

   Generalnie przyświeca mi nadrzędne hasło, że mam wszystko, tylko nie zawsze o tym pamiętam, nie wszystko w tym samym momencie i niekoniecznie w najbardziej preferowanej przeze mnie formie.  Ale mam.  I to planuje sobie nieco sprawdzić.  Taka moja robocza hipoteza do weryfikacji moim zestawem metod.  Żeby nie było, problemy też mam (jak chyba każdy), ale jakoś wolę się skupić na jaśniejszej stronie wszechświata.  

     Przewałkowałam dziesiątki książek i blogów na tematy, które mnie w jakiś sposób urzekły lub zafascynowały.  Lubię sobie popatrzeć na różne kwestie z odmiennych perspektyw, nie wierzę w jedynie słuszne schematy, diety, porady i sposoby.  Ale lubię wyciągnąć coś dla siebie i zweryfikować własne opinie.  Trochę się musiałam nakopać z życiem i ludźmi, żeby do mnie dotarło, że warto czasem zmienić zdanie.  Choćby na chwilę w ramach eksperymentu.   I jak się mawiało w moim rodzinnym domu- tylko krowa nie ma wątpliwości- więc spokojnie zaczęłam trawić sobie własne.  
    
     Jeżeli na przykład nie umiem się zdecydować czy lepiej za jednym zamachem przetrzebić garderobę w minimalistycznym amoku, czy raczej ekologicznie wykończyć posiadany żelazny zapas przyodziewku na najbliższe lata. to może powinnam to jakoś sprytniej zweryfikować zamiast myśleć i myśleć.  

Show must go on.  Zabawę czas zacząć.  Bo takie planuję w tym temacie podejście.  


  

czwartek, 1 listopada 2018

Czasu i jeszcze raz spokojnej głowy




     K. powiedziała mi ostatnio, że sama nie wie czego chce od życia.  Najpierw pomyślałam, że to żadne odkrycie.  Wszyscy tak mamy, a przynajmniej większość i co najmniej czasami.  A potem doszłam do wniosku, że jednak coś tam wiemy, tylko boimy się tym porządnie zająć.  Wiadomo, że zdrowie i żeby nie padało na głowę i nie wiało po kątach (czyt. własny ciepły kąt).  Żeby tak było za co i do garnka włożyć i samochód zatankować i na wakacje pojechać...  Potem to się rozrasta do ciepłych butów, szkół, wizyt u dentysty i tak można by wymieniać...  Poza tą całą bazą oczywistych potrzeb coś jednak jeszcze zostaje, bo inaczej większość społeczeństwa chodziłaby po ulicach odurzona własnym szczęściem i życiowym fartem, a jakoś tak marudnie czasem bywa. 

    No więc z moich obserwacji wyszło mi, że najlepiej mi kiedy mam czas na zwyczajne życie.  Coś działam, robię i realizuję, ale bez szaleńczego skreślania pozycji z list do wykonania.  Nie lubię jak mi czas przecieka przez palce i mam wrażenie, że stoję w miejscu.  Z kolei kiedy spraw na głowie przybywa zamiast ubywać i ciągle coś tam jeszcze muszę zrobić i pamiętać to staję się zwyczajnie nieszczęśliwa i rozdrażniona.  Mam wrażenie, że jestem chomikiem.  Tym od tego kręcącego się kółeczka do biegania. 

     Pomyślę o tym kiedy skończę...  zabiorę się za to jak będzie trochę spokojniej... i tak załatwiam wszystkie życiowe sprawy i nie mogę znaleźć czasu na to co lista priorytetów spycha daleko, daleko poniżej obowiązków.  Tak już z 10 lat obiecuję sobie, że własnoręcznie wydziergam wełniane skarpety.  To tak na przykład.  Nie chodzę w wełnianych skarpetach, więc odkładam temat, ale jakoś mnie męczy, że chciałabym spróbować, czy mi się uda.  Trochę bez sensu, ale kiedyś wydziergam ;)
    Problem siedzi w głowie i pomalutku sobie tam przekładam, żeby się takimi drobiazgami zajmować.
   
   

sobota, 20 października 2018

Ciemną nocą





     Czasem w życiu bywa lepiej, czasem gorzej.  W moim zawsze kiedy układa się nie najlepiej jakimś zrządzeniem losu odzywają się ci, którzy zazdroszczą/podziwiają/zamieniliby się bez mrugnięcia okiem/niepotrzebne skreślić.  Nie sądzę, ale bez wglądu za kulisy może niektórym naprawdę się tak wydaje, a może tak tylko sobie tłumaczą.  
     Długo myślałam, że może ze mną jest coś nie tak i że ja taka niewdzięczna strasznie jestem, że nie cieszę się  z tego co mam.  Ale to nieprawda, bo cieszą mnie te małe drobiazgi, które składają się na to gdzie jesteśmy, co robimy, jak nam się dzień kończy, a jak zaczyna.  Niebo takie piękne, liście kolorowe, słońce wschodzi, kawa pachnie obłędnie, miękki koc grzeje, nawet buty wygodne.  Życie składa się z miliona pięknych okruszków i głupio byłoby to ignorować.  Czasem jednak morze optymizmu to za mało, gdy pojawia się rysa na szkle.  Innym spełniają się twoje marzenia, a tobie gratulują sukcesów tam, gdzie gdzie ci zupełnie nie zależy, oddać możesz od zaraz, bez żalu, byle tylko to jedno twoje się udało.  
     W życiu są podobno rzeczy ważne i ważniejsze, ja bym chciała żeby mi się udały te drugie, ale perfekcyjnie sobie ogarniam tylko te pierwsze.  Nie wszystko da się kupić/załatwić/wyprosić/odpuścić.  

     Czasami A. mi mówi, że jestem jak dobra wróżka- zawsze pocieszę i rozwiąże problemy.  Bawi mnie to trochę, ale też bym chciała taką wróżkę- tylko dla siebie, na wyłączność.  Też tak macie, że nie chcecie innym rozwalać szczęśliwie poukładanego wszechświata i zbieracie rano po cichutku porozrzucane chusteczki, zagryzacie zęby i zaczynacie nowy dzień?  Naprawdę jest nowy i naprawdę się uśmiechacie do lustra- wcale nie musicie udawać, tylko czasem chcielibyście, żeby ta głupia nieogarnięta wróżka pogłaskała was po głowie i obiecała, że wszystko będzie dobrze-tylko mogłaby się postarać na tyle, żebyście w to uwierzyli zamiast przekonywać się do tego samodzielnie.  Ciężkie jest czasem życie optymisty z wyboru, może chociaż ci z urodzenia mają lepiej?


wtorek, 2 października 2018

Totalny brak balansu

   
    Z najbardziej sielskich i wyluzowanych wakacji życia trafiłam prosto w delegacyjno-pracowy młyn, natłok spraw domowo-życiowych i towarzyskich zobowiązań.  I chyba było mi to potrzebne, bo spłynęło na mnie olśnienie, albo raczej dopuściłam do świadomości głęboko schowany efekt dotychczasowych przemyśleń.  

     Otóż kompletnie nie wychodzi mi utrzymanie życiowego balansu, brakuje mi równowagi i działam według zasady wszystko albo nic.  Z tym, że kompletnie nie zgadzam się z opcją nic, co skutkuje codzienną próbą upchania wszystkiego w marnych 24 godzinach życia (należę do wyznawców poglądu, że doba powinna trwać dobre kilka godzin dłużej). 

      Po odliczeniu godzin oddanych życiu zawodowemu (z czegoś żyć trzeba) i odespaniu tyle ile należy (zarwane noce rujnują mi dzień do tego stopnia, że uważam sen za życiowo-zdrowotny priorytet), zostaje te kilka godzin do zagospodarowania wedle (niemal) własnego widzimisię i okazuje się, że... 
 bycie świadomym konsumentem i przyjacielem planety, przygotowywanie zdrowych domowych posiłków, ogarnianie przestrzeni wokół, ruszenie tyłka z kanapy dla zdrowotności, sterty książek domagających się uwagi, lista filmów do obejrzenia, miejsc do odwiedzenia, spotkań do odbycia i wszystko, co tylko woła o uwagę na tym arcyciekawym i pokopanym świecie to jednak całkiem sporo jak na takiego małego człowieczka. 
 I że jeśli chce się to wszystko pogodzić można oszaleć, a przynajmniej dojść do wniosku, że wszystko jest chaosem i poczuć się przytoczonym.  
      Potem człowiek wstaje rano i zdobywa świat od nowa obiecując sobie, że upcha jeszcze to i owo.  
     Podsumowując, zazdroszczę czasem tym co powoli oddają się lenistwu, albo potrafią się nudzić.  No mnie życie absorbuje do tego stopnia, że nie potrafię.