poniedziałek, 22 stycznia 2018

Remanent



     Jakoś tak wychodzi, że kiedy wszystko idzie nie tak, a kolejne plany nie wypalają, człowiek zaczyna dumać i na poważnie zaprzęga szare komórki do roboty.  Miało być tak pięknie, a jednak zgrzyta.  Pogoda nie dopisuje, los drwi okrutnie, a długi i bolesny proces myślowy skutkuje niezbyt optymistycznymi wnioskami... Zatem w tych niezwykle sprzyjających warunkach warto byłoby coś ze sobą zrobić.  
     Miałam się trochę poużalać nad własnym losem, wyrzucić sobie, że z 1001 planów i zamysłów jakoś niewiele wynika i zastanowić co dalej.  Ale przecież nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, a zawsze coś tam jednak udaje się zrealizować.  Z myślenia samego w sobie zwykle nic się nie dzieje, więc zamiast odkładać na jutro ( co skutecznie robię nie wiem który już miesiąc) zabieram się do roboty.  Tak sobie ostatecznie wymyśliłam, że skoro dalej idealna wizja własnego żywota spowita jest mgłą i w dodatku jak człowiek ma tendencję do nadmiernego myślenia, to prędzej popadnie w kompletną frustrację niż dojdzie do celu (gdziekolwiek ten się znajduje-to dopiero jest zagadka).   I zamiast tworzyć na to wszystko wielki plan, zaczynam działać.
  
     Dzisiaj wreszcie połykając kolejną książkę, zdobyłam się na to żeby coś zanotować zamiast przez kolejne 200 stron oszukiwać się, że przecież zapamiętam, to co najważniejsze i jeszcze wcielę to potem w życie...   Mały sukces na koniec dnia.  Bo w zasadzie, przecież nie jest tak źle.

     To pewnie wygląda jakbym spędzała cały dzień na kanapie, a czas przeciekał mi przez palce.  A ja gnam  z tym wszystkim przed siebie i zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno tędy droga.  

niedziela, 27 sierpnia 2017

Nocne zwiedzanie zamku Czocha




    Na zamek Czocha wybierałam się od dawien dawna i wybrać się nie mogłam, a więc trochę wstyd, bo jednak mieszkam na Dolnym Śląsku.  Zmotywował mnie dopiero plakat z informacją o nocnym zwiedzaniu zamku.  I pokrótce - o tak, było warto!



   Zamek, nie dość, że malowniczo położony w dolinie rzeki Kwisy, to jeszcze sam jest niezwykle urokliwy.  Średniowieczna twierdza ma bardzo bogatą historię, ale o tym zainteresowanym opowie wujek google.  Ze swojej strony na zachętę wrzucam garść fotografii.  



  Co do samego nocnego zwiedzania- przygoda rozpoczyna się około 22 i przez niemal trzy godziny zwiedzamy zamek w 3 grupach, nad którymi wymiennie czuwa 3 przewodników.  Nie chwaląc- ci ludzie naprawdę wiedzą co robią ;) 



   Tajne przejścia, zewnętrzne dziedzińce, lochy, biblioteki, piwnice... Ogólnie wszystko o czym możecie sobie pomarzyć.  Duchy, legendy, dreszczyk emocji i kręte schody w gratisie.  W czasie kiedy my zwiedzaliśmy zamek motywem przewodnim był Alarm na Zamku Czocha, czyli klimaty militarne.  Scenki odgrywane przez grupę rekonstrukcyjną i żołnierze wybiegający niespodziewanie z ciemnych zaułków  to taki dodatkowy smaczek w trakcie zwiedzania.  Przygoda niezapomniana, zatem kto może niech wpada!



sobota, 12 sierpnia 2017

Wakacyjne okamgnienie


Lato mija zdecydowanie zbyt szybko.  Śpię coraz mniej, bo szkoda mi czasu.  Warzywa czekają na uwięzienie ich w słoikach, książki krzyczą, że za długo czekają na swoją kolej. Żal nie uciec z miasta na weekend, a ja nie nie wiem kiedy upychać wizyty, spotkania, telefony...  Człowiek czeka na to lato, żeby wypocząć, a potem zarywa noce, żeby znaleźć czas na jak najwięcej.  Czas tak szybko ucieka, że, trudno, wyśpię się zimą :) 





niedziela, 2 lipca 2017

W lekkim rozgardiaszu



   Zbierałam się do popełnienia jakiegoś wpisu w tym moim małym wirtualnym światku, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie.  Po świadomej przewie wywołanej natłokiem pracy i nauki w życiu realnym i po małych wakacjach nazbierało się trochę w mojej głowie.  

    Plany na ten weekend zmieniały się bardzo dynamicznie, by ostatecznie niedziela zaskoczyła mnie totalnym uziemieniem pod postacią braku samochodu i towarzystwa.  Ostatecznie, choć początkowo niechętnie uznałam ten nieoczekiwany rozwój wydarzeń za wspaniałą okazję do tego, żeby wreszcie zająć się sobą.  Pomyśleć, poczytać, coś napisać, poćwiczyć, zaplanować....   Tylko ja i ja, sam na sam.  Chwilę po niespiesznej porannej kawie odezwał się telefon- stęskniona rodzina (widzieli mnie wczoraj rano...) kusi popołudniem na wsi.  Szofer, ze się tak wyrażę, zajedzie pod drzwi ;)  
Jestem wiecznie stęskniona za sielskimi krajobrazami, zdradzam więc wielką płytę bez wahania i zmieniam swoje plany. Dwie godziny później staje przede mną małżonek, którego miało dziś nie być i ponownie wymusza drobną korektę działań.  
   
   Znowu więc nie napiszę tego co sobie zaplanowałam, ale postanowiłam zaczepić się chociaż w swojej wirtualnej przestrzeni, by nie przedłużać przerwy i zmobilizować się do działania.  
Mam sporo przemyśleń na temat tego,  czego mi trzeba.  I jeszcze więcej pomysłów.

A teraz trzeba mi słońca, wiatru i zieleni....

 

wtorek, 16 maja 2017

Powolna redukcja garderoby cz.4




     Wałkowanie tematu garderoby prędzej, czy później prowadzi do zakupów.  Oby później, bo nie chcemy mieć w domu kilogramów ubrań zalegających w szafach.  Pojawiają się jednak sytuacje, gdy na zakupy zdecydować się trzeba.  Zupełnie nie mamy czym zastąpić zużytych elementów lub pojawiają się nowe potrzeby.  
     Z tymi nowymi potrzebami staram się być jednak ostrożna. Przykładowo, gdy zaczęłam uczęszczać na ćwiczenia w fitness klubie nie kupiłam ani jednej sztuki odzieży.  Miałam w domu legginsy i wygodne koszulki, więc uznałam zakup dedykowanych do tego celu sportowych ubrań za zbędny.  Po 1,5 roku podtrzymuję to stanowisko.  Matę do ćwiczeń kupiłam, ale ubrań już nie.  
    W nieskończoność zużywać własnych ubraniowych zapasów się jednak nie da, nawet gdy nie zmienimy rozmiaru czy trybu życia.  Postanowiłam więc trzymać się w przypadku nowych zakupów kilku zasad.

    1.  Najważniejszą wyznacza poczucie gospodarczego patriotyzmu.  Chciałabym, żeby ubrania które noszę produkowane były w Polsce, a ludzie którzy je szyją godziwie zarabiali.  Odpada transport z drugiego końca świata, redukuje się szkodliwy wpływ na środowisko.  Każdy chyba słyszał choć trochę o warunkach pracy w azjatyckich szwalniach.  Nie czuję się dobrze, myśląc że przykładam do tego rękę.  Skoro chciałabym,żeby w sklepach królowały wytwory rodzimego przemysłu, powinnam je kupować.  Że najczęściej okaże się drożej? Trudno, ale tak logicznie myśląc, chyba każdy by wolał, żeby jego znajomi, sąsiedzi, członkowie rodziny mieli pracę i to taką satysfakcjonującą finansowo.  Kupując tanią szmatkę w zagranicznej sieciówce nie sprawiam, że tak się stanie.  Świat zmienia się powoli, małymi krokami, przy dokonywaniu codziennych wyborów.  Kupując rzadko jakoś da się przełknąć te wyższe ceny, zresztą jak wszędzie panuje dość duża rozbieżność w tym temacie i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.   Trzeba tylko poszukać, to niestety zajmuje trochę czasu, więc mamy kolejny argument za rzadszymi zakupami.  

 2.   Ile ubrań faktycznie potrzebuję i jestem w stanie regularnie używać?  Nie wiem, ile czasu zajmie mi dojście do granicy, w której stwierdzę, że mniej to już za mało.  Zważywszy na to, że postanowiłam rozprawić się z garderobą bez bezmyślnego wyrzucania, trochę to potrwa...  To co leży nieużywane zwyczajnie się jakby marnuje, bo nie wykorzystujemy potencjału danej rzeczy.  Nie tyczy się to tylko ubrań, czy butów. Zrezygnowałam więc z kupowania bo ładne, jeszcze takiego nie mam, kiedyś się przyda, albo jest okazja. Potrzebuję i będę regularnie używać?  Jeśli nie, to szkoda mojego czasu, pieniędzy, środowiska i miejsca w moi domu. 

3.  Kupuję dla siebie i poza oczywistymi względami typu ubiór do pracy czy jego stosowność do różnych okazji, nie martwię się zbytnio o trendy sezonu.  Swoją drogą, kiedy wydaje mi się, że nic głupszego w modzie już wymyślić nie można, ludzkość udowadnia mi, że jednak.... Lepiej trzymać się tego co mi służy i w czym ja czuję się dobrze.  Każdy zrozumie to inaczej, zinterpretuje pojęcie klasyki po swojemu i to jest fajne.  

    Pozostaje jeszcze kwestia tego gdzie kupować.  Poza staraniami o patriotyczne pochodzenie własnej dzieży, w ramach ekologicznych rozwiązań dopuszczam jeszcze wizyty w second handach.  Poczciwy lumpeks poratuje, gdy budżet nie pozwoli na większe wydatki i zaspokoi nagłą potrzebę kupienia sobie czegoś nowego.  Jednak po tym jak zakupiłam sukienkę, która gościła na moim ciele tylko w czasie przymiarki, staram się podchodzić do zakupów w tych przybytkach bardzo restrykcyjnie.  Szukam raczej perełek i zupełnie się nie zrażam tym, że zwykle wychodzę z pustymi rękami.  Nie chcę utonąć pod stertą nienoszonych ubrań, tylko dlatego, że było tanio i zakupom nie towarzyszyły ekologiczne wyrzuty sumienia.  Nienoszone ciuchy powinny jednak je wywoływać.  
Co do zupełnie nowych ubrań zapełniam szafę powoli, to tu, to tam.  Może się kiedyś pokuszę o konkretniejsze sprawozdanie.  Póki co testuję na sobie, bo o ile opinie na temat ciuchów z takiego h&m  wyrazi prawie każda zapytana o to znajoma, to w przypadku polskich marek jest dużo gorzej.

     Ostatecznie wolę jednak kupić 2 sztuki odzieży spełniającej moje wymagania na rok, niż wrócić do domu z reklamówką szmatek i martwić się potem co z nimi zrobić.  Tak na marginesie- reklamówkom mówimy stanowcze nie!  (nawet w czasach gdy udawałam się na galeriowy shopping pakowałam nabytki do własnych płóciennych toreb- trzeba tylko ubiec sprzedawcę i konsekwentnie odmawiać pakowania w plastik).  

środa, 3 maja 2017

Powolna redukcja garderoby cz.3




     O moim sposobie na powolne i bezstresowe redukowanie zawartości szafy już było.  Pozostaje kwestia tego co dalej?  Co z elementami, które z racji swojego zużycia wypadają z obiegu?  Czym je zastąpić.  

     Siłą napędową moich działań jest zamiłowanie do porządku i niezagraconych przestrzeni oraz aspekt ekologiczny. Odpada zatem wyrzucanie do zwykłego kosza wyeksploatowanych ubrań.  Lądują w specjalnych kontenerach, a jak to wygląda w praktyce można przeczytać tutaj. Nie będę się powtarzać, wszystko jest tam pięknie wyjaśnione, a sam blog jest kopalnią fantastycznych pomysłów.  

   Czasem jednak warto zastanowić się, czy aby nie da się tych zmaltretowanych szmatek jeszcze jakoś wykorzystać.  Ściereczki do sprzątania, czy czyszczenia butów w moim domu pochodzą ze zużytych bawełnianych koszulek.  Niełatwo trafić na idealny do sprzątania i chłonny materiał, więc nie przepuszczę żadnemu rokującemu w tym kierunku skrawkowi bawełny.  Wystarczą umiarkowane zdolności krawieckie, żeby z resztek uszyć np. woreczki.  W sieci aż kipi od upcyclingowych inspiracji.  Kilka sztuk odzieży nienadającej się do noszenia zostawiłam sobie ze względu na interesujący wzór czy materiał- czekają aż przyjdzie wena i właściwy moment, żeby nadać im drugie życie.  

     Kiedy patrzę na to, w jakim tempie redukuje się garderobę "przez zużycie", konieczność zakupowych wycieczek wydaje się raczej odległa w czasie.  To nie kuchenne zapasy, które można zużyć w przeciągu kilku dni czy tygodni.  Prędzej, czy później nadejdzie ten moment. Ubrania się wykruszą i ciężko będzie znaleźć dla nich zamienniki.  

   Właśnie- zamienniki! - bo kreatywne podejście do garderoby pozwala spojrzeć na poszczególne jej elementy w nowym świetle.  Zamiast szukać nowego wiosennego płaszcza, zaczęłam na jego miejsce nosić dość ciężki, nietypowo skrojony żakiet.  Nie sprawdzał się na co dzień, ale jako okrycie wierzchnie okazał się idealny!  
     Gdy brakuje mi pomysłów, myślę sobie, co bym zrobiła, gdybym absolutnie nie mogła sobie pozwolić na nowy zakup. Czasem to pomaga i do głowy wpadają nowe pomysły.  Każda szafa jest inna i każdy będzie miał inne możliwości ,a co za tym idzie pomysły na jej wykorzystanie.  

     Czasem zmiana przeznaczenia ratuje sytuację.  Koszulki, które są wygodne,a z różnych przyczyn nie noszę ich na co dzień zaczynają nowe, nocne życie i stają się elementami piżamy.  W tym samym celu oddelegowałam kiedyś dresowe spodnie.   Nie znoszę tego typu ubrań,więc  zalegały kilka lat, aż zostały częścią zimowego zestawu do spania i tu doceniłam wreszcie walory materiału.  Nocny upcycling jest chyba moją specjalnością, bo w roli szlafroka męczę ostatnio wygodną bluzę odziedziczoną po małżonku.  Posiadam, też tradycyjnie uznane za piżamę elementy garderoby- nie każdy mój nocny outfit jest taką zbieraniną :D  Ale własne kompozycje okazują się być w moim przypadku najbardziej trafione.  

Tym sposobem znowu nie dotarłam nawet do kwestii zakupów.  O tym innym razem.  

piątek, 21 kwietnia 2017

Powolna redukcja garderoby cz.2



Kontynuuję rozpoczęty ostatnio wątek garderoby. 
 
Postanowiłam, że wykorzystuję na maksa to co mam i w ten sposób zaczęłam redukować buty, ubrania i dodatki.

     Pierwszym krokiem był przegląd garderoby i testowe wprowadzanie do użytku niewyciąganych na co dzień z szafy elementów.  Niejednokrotnie zdarzało mi się otrzymywać komplementy, gdy np. częściej zaczęłam ubierać sukienki i spódnice, które chętnie kupowałam, ale wisiały w szafie przegrywając ze spodniami.  Sama dziwiłam się, gdy wyjmowałam kolejny ciuch, który przecież tak mi się podobał, a zalegał nieużywany.  

     Żeby było mi łatwiej i dla przyspieszenia redukcyjnych sukcesów wytypowałam kandydatów "na dotarcie".  Okazało się bowiem, że wcale nie tak łatwo zużyć swoje ubrania.  Nigdy nie miałam większych problemów z zakupami kiepskich jakościowo ciuchów- już gdy byłam dziecięciem mama nauczyła mnie oglądać dokładnie każdą sztukę przed zakupem i wybierać raczej trwałe i naturalne materiały.  
     A to oznacza, że ubrania dłużej posłużą. Świetna sprawa gdy je lubimy, gorzej gdy właśnie postanowiliśmy wyeksploatować je na śmierć, a one uparcie mają się całkiem nieźle ;).  I tu pojawia się element "kary za zakupy", czyli konsekwencje wcześniejszych wyborów.

 Ma to zasadniczo dwie zalety:

1. Po dłuższym i intensywniejszym niż dotąd użytkowaniu niektórych ubrań nie rozumiem, co dotąd powstrzymywało mnie przed ich noszeniem.  Można powiedzieć, że z czasem je nawet polubiłam, przekonałam się do niektórych krojów i kolorów.  Lub wręcz przeciwnie- jestem pewna, że już więcej nic podobnego nie kupię.   

2.  Nieoceniony walor edukacyjny, jakim jest zgłębianie tajników własnej garderoby i męczenie tych ubrań na wszelkie możliwe sposoby, skutkuje dużą ostrożnością w przypadku nowych zakupów.  Mam kilka kryteriów, których staram się teraz trzymać wpuszczając nowe ciuchy do swojej szafy.   Zapełnia się więc dużo wolniej nowościami, a te są zdecydowanie bardziej trafione w mój gust i moje potrzeby. Nie chcę, żeby ubrania w niej zalegały, a nie uśmiecha mi się męczenie z nietrafionymi wyborami.   
 
     Wracając do wątku straceńców- wybrałam kilka sztuk odzieży, które zapowiadały się skapitulować najszybciej i starałam się nosić je jak najczęściej.  Bez taryfy ulgowej niektóre z nich szybko zakończyły swój ubraniowy żywot, inne wykazały się zaskakującą trwałością.  Satysfakcja, gdy z czystym sumieniem mogłam wyrzucić kompletnie wymęczony ciuch była ogromna.  

     Dla ułatwienia przeprowadziłam małą segregacje i tak ułożyłam swoje ubrania, by sięgać po "grupę śmierci" jak najczęściej.  Ogromna w moim przypadku kolekcja bielizny została podzielona i np. spora część skarpetek została schowana.  Te które pozostały, intensywnie prane i użytkowane, odchodzą kolejno na emeryturę i są kolejno zastępowane przez te odłożone.  W ten sposób niespodziewanie polubiłam się z podkolanówkami.  Nie wiem po co kupowałam długie kolorowe skarpetki, skoro nigdy ich nie ubierałam ("co za okazja, nie mam jeszcze żółtych w swojej kolekcji").  Kiedy się zmusiłam do ich użytkowania okazało się, że nawet nam po drodze i umilały mi długie, chłodne miesiące.  

     W międzyczasie zupełnie dobrowolnie do wyzwania dołączył WM i też postanowił zmniejszyć swoją kolekcję koszulek i bielizny.  Poza tym nie ma problemów z nadmiarem w garderobie- cóż, mężczyznom zdecydowanie łatwiej się ograniczać  w tym temacie.  Twierdzi, że przemawia do niego aspekt ekologiczny i dzielnie towarzyszy mi w postanowieniach.  Taka mała prywatna grupa wsparcia :)

     W efekcie oboje kupujemy mniej i rzadziej wybieramy się na rajd po sklepach - to ważne, bo żadne z nas nie traktuje wizyty w centrum handlowym jako przyjemności.  Powoli uzupełniamy braki w garderobie, ale już z dużo większą niż uprzednio świadomością.  Stawiamy na jakość i staramy się wspierać swoimi wyborami polskich producentów. W końcu głosujemy swoimi portfelami i przemawia do nas idea gospodarczego patriotyzmu. Przez to nie mogę powiedzieć, że nasze wydatki na ubrania jakoś drastycznie zmalały, ale też nie wzrosły.  Zamiana ilości w jakość następuje bezboleśnie, bo rozłożona jest w czasie.