wtorek, 2 października 2018

Totalny brak balansu

   
    Z najbardziej sielskich i wyluzowanych wakacji życia trafiłam prosto w delegacyjno-pracowy młyn, natłok spraw domowo-życiowych i towarzyskich zobowiązań.  I chyba było mi to potrzebne, bo spłynęło na mnie olśnienie, albo raczej dopuściłam do świadomości głęboko schowany efekt dotychczasowych przemyśleń.  

     Otóż kompletnie nie wychodzi mi utrzymanie życiowego balansu, brakuje mi równowagi i działam według zasady wszystko albo nic.  Z tym, że kompletnie nie zgadzam się z opcją nic, co skutkuje codzienną próbą upchania wszystkiego w marnych 24 godzinach życia (należę do wyznawców poglądu, że doba powinna trwać dobre kilka godzin dłużej). 

      Po odliczeniu godzin oddanych życiu zawodowemu (z czegoś żyć trzeba) i odespaniu tyle ile należy (zarwane noce rujnują mi dzień do tego stopnia, że uważam sen za życiowo-zdrowotny priorytet), zostaje te kilka godzin do zagospodarowania wedle (niemal) własnego widzimisię i okazuje się, że... 
 bycie świadomym konsumentem i przyjacielem planety, przygotowywanie zdrowych domowych posiłków, ogarnianie przestrzeni wokół, ruszenie tyłka z kanapy dla zdrowotności, sterty książek domagających się uwagi, lista filmów do obejrzenia, miejsc do odwiedzenia, spotkań do odbycia i wszystko, co tylko woła o uwagę na tym arcyciekawym i pokopanym świecie to jednak całkiem sporo jak na takiego małego człowieczka. 
 I że jeśli chce się to wszystko pogodzić można oszaleć, a przynajmniej dojść do wniosku, że wszystko jest chaosem i poczuć się przytoczonym.  
      Potem człowiek wstaje rano i zdobywa świat od nowa obiecując sobie, że upcha jeszcze to i owo.  
     Podsumowując, zazdroszczę czasem tym co powoli oddają się lenistwu, albo potrafią się nudzić.  No mnie życie absorbuje do tego stopnia, że nie potrafię.    

środa, 11 lipca 2018

Sprawdzam czego mi trzeba

     


     Postanowiłam sobie zostać szczęśliwym człowiekiem.  Nie filozoficznie gdybać, tylko działać żeby zostać.  Z determinacją i świadomie dążyć do celu-najlepiej w podskokach.  I z uśmiechem- to już koniecznie.   W gruncie rzeczy nie mogłabym o sobie powiedzieć, że jestem nieszczęśliwym.  Generalnie chyba jestem optymistką, ale życie daje czasem w kość.  Mimo wszystko skupiam się na pozytywach i gdy po raz kolejny życie dało mi boleśnie prztyczka w nos, śmiejąc się z moich planów, zdecydowałam, że się nie dam.  Mam duszę eksperymentatora.  Lubię dociekać, sprawdzać, testować- głównie siebie.  Więc wzięłam się za sprawdzanie.  Czytam, gdzie ludzie szukają szczęścia i utwierdzam się w przekonaniu, że to naprawdę tylko kwestia decyzji.  Reszta to jedynie tło i to tło usiłuję sobie jak najlepiej wykombinować.  

środa, 18 kwietnia 2018

Ogrom możliwości

     


     Zaczęłam się zastanawiać jak wyglądają moje ciastka - te ciastka, które chciałoby się jednocześnie i zjeść i mieć.  Otacza nas przecież ogrom możliwości.   Zaczęłam więc myśleć i trochę się tego uzbierało.  Pewnie każdy ma swoje ciastka, niektórzy nawet całą cukiernię.  Ja też nie mogę się w pewnych kwestiach zdobyć na  dokonanie wyboru.  Nie chodzi nawet o to, żeby były to wybory nieodwołalne, raz na zawsze, ale żeby nie tkwić w takim rozdarciu, bo chciałoby się to i owo, ale jednocześnie żal zrezygnować z tamtego.  W takich zwyczajnych kwestiach życia codziennego, które zdają się nie mieć wielkiego znaczenia, ale czy na pewno...

     Z jednej strony marzy mi się niespieszne celebrowanie codzienności, magia małych rytuałów, akcent położony na drobiazgi może nie niezbędne, ale nadające charakteru i uroku zwykłym dniom. To wymaga zaangażowania, chwili namysłu, konsekwencji w działaniu, czasem spojrzenia z boku.  Jednocześnie szkoda mi galopującego w szaleńczym tempie czasu na sprawy mało istotne, na denerwowanie się byle drobiazgiem i bezcelowe dopieszczanie pozorów.  Czy kiedy człowiek o tym myśli to zawsze pozostanie rozdarty? Czy to tylko taki etap przejściowy w drodze do... No właśnie, dokąd?  Może do siebie, do innych, do celu, do spełnienia marzeń...

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Remanent



     Jakoś tak wychodzi, że kiedy wszystko idzie nie tak, a kolejne plany nie wypalają, człowiek zaczyna dumać i na poważnie zaprzęga szare komórki do roboty.  Miało być tak pięknie, a jednak zgrzyta.  Pogoda nie dopisuje, los drwi okrutnie, a długi i bolesny proces myślowy skutkuje niezbyt optymistycznymi wnioskami... Zatem w tych niezwykle sprzyjających warunkach warto byłoby coś ze sobą zrobić.  
     Miałam się trochę poużalać nad własnym losem, wyrzucić sobie, że z 1001 planów i zamysłów jakoś niewiele wynika i zastanowić co dalej.  Ale przecież nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, a zawsze coś tam jednak udaje się zrealizować.  Z myślenia samego w sobie zwykle nic się nie dzieje, więc zamiast odkładać na jutro ( co skutecznie robię nie wiem który już miesiąc) zabieram się do roboty.  Tak sobie ostatecznie wymyśliłam, że skoro dalej idealna wizja własnego żywota spowita jest mgłą i w dodatku jak człowiek ma tendencję do nadmiernego myślenia, to prędzej popadnie w kompletną frustrację niż dojdzie do celu (gdziekolwiek ten się znajduje-to dopiero jest zagadka).   I zamiast tworzyć na to wszystko wielki plan, zaczynam działać.
  
     Dzisiaj wreszcie połykając kolejną książkę, zdobyłam się na to żeby coś zanotować zamiast przez kolejne 200 stron oszukiwać się, że przecież zapamiętam, to co najważniejsze i jeszcze wcielę to potem w życie...   Mały sukces na koniec dnia.  Bo w zasadzie, przecież nie jest tak źle.

     To pewnie wygląda jakbym spędzała cały dzień na kanapie, a czas przeciekał mi przez palce.  A ja gnam  z tym wszystkim przed siebie i zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno tędy droga.  

niedziela, 27 sierpnia 2017

Nocne zwiedzanie zamku Czocha




    Na zamek Czocha wybierałam się od dawien dawna i wybrać się nie mogłam, a więc trochę wstyd, bo jednak mieszkam na Dolnym Śląsku.  Zmotywował mnie dopiero plakat z informacją o nocnym zwiedzaniu zamku.  I pokrótce - o tak, było warto!



   Zamek, nie dość, że malowniczo położony w dolinie rzeki Kwisy, to jeszcze sam jest niezwykle urokliwy.  Średniowieczna twierdza ma bardzo bogatą historię, ale o tym zainteresowanym opowie wujek google.  Ze swojej strony na zachętę wrzucam garść fotografii.  



  Co do samego nocnego zwiedzania- przygoda rozpoczyna się około 22 i przez niemal trzy godziny zwiedzamy zamek w 3 grupach, nad którymi wymiennie czuwa 3 przewodników.  Nie chwaląc- ci ludzie naprawdę wiedzą co robią ;) 



   Tajne przejścia, zewnętrzne dziedzińce, lochy, biblioteki, piwnice... Ogólnie wszystko o czym możecie sobie pomarzyć.  Duchy, legendy, dreszczyk emocji i kręte schody w gratisie.  W czasie kiedy my zwiedzaliśmy zamek motywem przewodnim był Alarm na Zamku Czocha, czyli klimaty militarne.  Scenki odgrywane przez grupę rekonstrukcyjną i żołnierze wybiegający niespodziewanie z ciemnych zaułków  to taki dodatkowy smaczek w trakcie zwiedzania.  Przygoda niezapomniana, zatem kto może niech wpada!



sobota, 12 sierpnia 2017

Wakacyjne okamgnienie


Lato mija zdecydowanie zbyt szybko.  Śpię coraz mniej, bo szkoda mi czasu.  Warzywa czekają na uwięzienie ich w słoikach, książki krzyczą, że za długo czekają na swoją kolej. Żal nie uciec z miasta na weekend, a ja nie nie wiem kiedy upychać wizyty, spotkania, telefony...  Człowiek czeka na to lato, żeby wypocząć, a potem zarywa noce, żeby znaleźć czas na jak najwięcej.  Czas tak szybko ucieka, że, trudno, wyśpię się zimą :) 





niedziela, 2 lipca 2017

W lekkim rozgardiaszu



   Zbierałam się do popełnienia jakiegoś wpisu w tym moim małym wirtualnym światku, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie.  Po świadomej przewie wywołanej natłokiem pracy i nauki w życiu realnym i po małych wakacjach nazbierało się trochę w mojej głowie.  

    Plany na ten weekend zmieniały się bardzo dynamicznie, by ostatecznie niedziela zaskoczyła mnie totalnym uziemieniem pod postacią braku samochodu i towarzystwa.  Ostatecznie, choć początkowo niechętnie uznałam ten nieoczekiwany rozwój wydarzeń za wspaniałą okazję do tego, żeby wreszcie zająć się sobą.  Pomyśleć, poczytać, coś napisać, poćwiczyć, zaplanować....   Tylko ja i ja, sam na sam.  Chwilę po niespiesznej porannej kawie odezwał się telefon- stęskniona rodzina (widzieli mnie wczoraj rano...) kusi popołudniem na wsi.  Szofer, ze się tak wyrażę, zajedzie pod drzwi ;)  
Jestem wiecznie stęskniona za sielskimi krajobrazami, zdradzam więc wielką płytę bez wahania i zmieniam swoje plany. Dwie godziny później staje przede mną małżonek, którego miało dziś nie być i ponownie wymusza drobną korektę działań.  
   
   Znowu więc nie napiszę tego co sobie zaplanowałam, ale postanowiłam zaczepić się chociaż w swojej wirtualnej przestrzeni, by nie przedłużać przerwy i zmobilizować się do działania.  
Mam sporo przemyśleń na temat tego,  czego mi trzeba.  I jeszcze więcej pomysłów.

A teraz trzeba mi słońca, wiatru i zieleni....