środa, 22 marca 2017

Minimalizm a epistolografia




    Proces redukowania nadmiaru ma to do siebie, że człowiek przegląda szafy, szuflady, zakamarki i różne rzeczy w nich znajduje.  A potem duma co z tymi fantami począć.  Biorąc kiedyś do ręki zestaw różnorakich papeterii pozostałych mi jeszcze z czasów podstawówki (!) zaczęłam rozmyślać jaki by tu z nich zrobić pożytek.  
     Latami w ramach co gruntowniejszych porządków przekładałam je z miejsca na miejsce.  

     Kiedyś pisywałam listy do koleżanek z kolonii, kuzynki i przyjaciółki, której rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce.  Uwielbiałam ten moment, gdy do rąk trafiała świeżutka koperta.  Spotkanie z listonoszem było małym świętem na które czekałam - nie było wtedy w mojej miejscowości jeszcze skrzynek pocztowych i przedstawiciel Poczty wręczał przesyłki osobiście, twarzą w twarz, jakoś tak sympatycznie to przebiegało i miło to wspominam.  Papeterie wybierałam długo i z namaszczeniem podczas wizyt z mamą w empiku- to był dla mnie najpiękniejszy sklep świata.    

    Co więc począć z kupką kolorowych kartek i dedykowanych im kopert?  Zgodnie z logiką i przeznaczeniem należałoby zasiąść do pisania.  Ale jak teraz, w dwudziestym pierwszym wieku?   W epoce maili, facebooka, esemesów i tanich rozmów telefonicznych?   Do kogo i o czym pisać?  

Tylko zasiąść do pisania


     Wtedy pomyślałam o kimś komu taki list sprawiłby trochę radości, kimś kto uznałby romantyczną i staroświecką czynność za wartą zachodu.  

     I napisałam pierwszy list do M, z którą po kilku latach wspólnej studenckiej doli mieszkamy teraz jakieś 300 kilometrów od siebie.  M, jak utrzymuje do dziś, z listu się ucieszyła i prędko w swojej skrzynce znalazłam kolorową kopertę.  I tak już od wielu miesięcy wymieniamy się korespondencją. 

Papiernicze ostatki


     Słowo pisane to nie to samo co maile, telefony czy facebookowe wiadomości.  To inny wymiar komunikacji ;).  Stosik papierniczych akcesoriów już stopniał, niedługo zapakuję do koperty ostatnie kolorowe kartki z wiekowych zapasów.  Zabawę w pisanie listów będziemy kontynuować jednak dalej.  Rysować obrazki, przyklejać na kartkach wesołe naklejki, ozdabiać koperty i czekać na odpowiedź.  Jakie piękne historie potrafią się zacząć od niepozornych porządków.  

sobota, 18 marca 2017

Upcycling- butelka po wodzie toaletowej i nalewka z geranium





Bohaterzy dzisiejszego odcinka....



     Gdy skończyła mi się woda toaletowa zaczęłam się zastanawiać się jakby tu spożytkować pozostałą po niej buteleczkę.  Przyznam, że bardzo spodobało mi się to proste w formie opakowanie i trochę żal było mi tak zwyczajnie je wyrzucić.  Nie jestem wielką fanką perfum, wód toaletowych, czy perfumowanych kosmetyków.  Wodę otrzymałam w prezencie i  choć sama wybrałam zapach (werbena  z cytrusową nutą) i byłam z niego bardzo zadowolona, to nie odczuwam potrzeby zakupu jakiegokolwiek następcy.  Tak już mam.  Może w przyszłości, ale prędzej wykombinuję coś sama :)


Stworzona do powtórnego wykorzystania.


   Okazało się, że opakowanie bezproblemowo się rozkręca i aż się prosi o powtórne wykorzystanie.  Nie miałam też problemu z wyczyszczeniem butelki.  Wystarczyło trochę sody i octu.  Nie wiem czy w przypadku intensywniejszych zapachów i nieco bardziej "chemicznego" składu byłoby to równie proste.  


Elektryczna suszarka do grzybów wysuszyła listki ekspresowo fundując nam przy okazji inhalacje.

     Butelkę ostatecznie postanowiłam spożytkować ze względu na bardzo udany atomizer jako opakowanie do przechowywania i aplikacji nalewki z geranium.  Geranium stanowiło (obok róży) nutę bazową mojej wody toaletowej, więc można powiedzieć, że to przeznaczenie owej buteleczki.  

     Nalewka z geranium, zwanego powszechnie (przynajmniej w moim otoczeniu) anginką świetnie nadaje się do spryskiwania pomieszczeń w celu nawilżenia powietrza i do walki z panoszącymi się wkoło wirusami. Nieocenione w czasie jesienno-zimowych miesięcy, bo nasyca powietrze leczniczymi substancjami.  Ja osobiście uwielbiam jej charakterystyczny ziołowy zapach i używam jej zarówno w czasie sezonu przeziębieniowego jak i do odświeżenia powietrza.  

Przepis na nalewkę z geranium*

2 łyżki listków świeżego geranium pokrojonego drobno wraz z łodyżkami
1/4 litra wódki 


Listki należy zalać alkoholem i odstawić (najlepiej w ciemnej butelce) na 10 dni, pamiętając by codziennie wstrząsnąć zawartością.  Następnie przecedzić i gotowe do użycia.

Nalewkę można również dodawać do herbaty (20-30 kropelek) lub nacierać nią ciało np. dłonie i stopy.  Zadziała rozgrzewająco i orzeźwiająco.  

* przepis pochodzi z książeczki "Przewodnik po zdrowym życiu" autorstwa Stefanii Korżawskiej 

Nalewka gości w moim domu już od kilku lat i z czystym sumieniem mogę ją polecić dalej. Teraz zyskała estetyczną oprawę - zasłużyła sobie.  


Butelka wykorzystana, geranium po zerwaniu liści zaś doszło już do siebie.



   Na koniec dodam, że geranium choć jest nieco babcinym kwiatkiem warto mieć w domu. Bardzo lubi być podskubywana, dzięki temu ładnie się rozrasta na boki.  Listki można wykorzystać do produkcji nalewki lub zaparzyć jako ziołową herbatkę o właściwościach przeciwwirusowych- sprawdzą się zarówno świeże jak i suszone.  Poratuje także w razie bolącego ucha, wystarczy zgnieciony listek włożyć do ucha a ona zrobi swoje (o ile sprawa nie jest poważna) .  Ja pierwszy egzemplarz wyprosiłam u babci ( a jakże!), potem skwapliwie rozmnożyłam i zdarzało mi się wręczać odchowaną roślinkę w prezencie tym, którzy marzyli jej posiadaniu, a niezbyt radzili sobie ze szczepkami.  Dla mnie to taki domowy must-have .  

niedziela, 12 marca 2017

Zdrowa książka: "Ciało i ducha ratować żywieniem" Ewa Dąbrowska



"Ciało i ducha ratować żywieniem" 
Autor: Ewa Dąbrowska

     Zmęczenie zimową aurą i dokuczające mi ostatnio wiosenne przesilenie zaowocowały decyzją o przeprowadzeniu jakiegoś detoksu.  W tym celu przejrzałam kilka pozycji dotyczących tej tematyki, w tym zaprezentowaną powyżej.  Znamy się już trochę, bo szczerze powiedziawszy sięgnęłam po nią w ramach przypomnienia- przestudiowałam ją wnikliwie już w zeszłym roku, gdy po raz pierwszy zdecydowałam się na owocowo-warzywną głodówkę.  Mogę zatem powiedzieć, że wiem o czym piszę ;)  

    Co znajdziemy w środku?  

      Na ponad dwustu stronach broszurowego wydania mamy zapis cyklu konferencji wygłoszonych przez doktor Ewę Dąbrowską na antenie Radia Maryja.  Przyznam, że nie brzmi to (przynajmniej dla mnie) nazbyt pociągająco.  Zapis 13 audycji porusza tematykę leczenia postem.  Dowiemy się dlaczego warto taki post przeprowadzić, jak on wygląda i jakich efektów  możemy się spodziewać.  Wszystko okraszone historiami pacjentów i schorzeń, które dzięki tej metodzie udało się złagodzić lub całkowicie wyleczyć.  Nie obejdzie się jednak bez specyficznego kontekstu religijnego, co sprawia, że pierwszą połowę książeczki czyta się hm... dość dziwnie.  Wiadomo, ze człowiek to nie tylko ciało, ale i dusza, że psychika ma kluczowe znaczenie w przypadku leczenia wielu (jeśli nie wszystkich) chorób, ale przyjęta stylistyka może nieco razić lub irytować.  Warto jednak przebrnąć przez te rozdziały.  Po pierwsze poukrywane w nich są przydatne informacje na temat samej diety, a po drugie z racji formatu nie zajmuje to zbyt wiele czasu, a pozwoli złapać pewien kontekst.  

     W drugiej części mamy już konkret- przepisy diety owocowo-warzywnej.  Czyli jakie produkty są w przypadku tej głodówki (bo ilość dostarczanych na tej diecie kalorii tak ją kwalifikuje) dozwolone, a czego należy bezwzględnie unikać.  Następnie przykładowy jadłospis na 14 dni i garść przepisów na poste potrawy.  Znajdzie się też kilka słów na temat, co dalej i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania.  
    Co istotne nie ma tu wymyślnych ani kosztownych składników, propozycje potraw nie są skomplikowane i w zasadzie nie musimy się ich trzymać.  Śmiało można zdać się na własną inwencję twórczą, byle tylko korzystać z listy dozwolonych produktów.  Jeżeli komuś taka forma odpowiada, gotowanie nie jest wcale konieczne- warzywa i owoce możemy chrupać na surowo.  
     
    Czy warto?
Przyznam, że tak radykalna forma postu wzbudza wiele obaw.  Postanowiłam jednak zaryzykować i przeczytane wskazówki wcielić w życie.  Efekty przerosły moje najśmielsze oczekiwania, choć początkowo zakładałam, że jeśli wytrwam na diecie trzy dni, uznam to za sukces.   A więc uważam, że warto.  Ale z głową.  

    Tak sobie pomyślałam, że na temat szczegółów samej diety i jej efektów nie będę się w tej chwili rozpisywać.  Właśnie się zabieram za jej drugą edycję, więc krótką relację zamieszczę później. Dodam tylko, że nie chodzi tu o odchudzanie, a po pierwszej głodówce omawiałam temat szerzej podczas rozmowy z dietetyczką i wspominałam o tym lekarzom w czasie wizyt - nikt nie był zaskoczony, nie usłyszałam też słowa nagany (przyznam że skrycie się tego obawiałam, bo bliżej mi do niedowagi niż nadwagi), więc zakładam, że w środowisku medycznym temat jest, przynajmniej ogólnie, powszechnie znany.  

poniedziałek, 6 marca 2017

W kierunku zero waste: mydło w kostce.





    Mydło to takie elementarne podstawy jeśli chodzi o bezodpadowe życie.  Nie będę zatem rozpisywać się szczególnie na ten temat. Przejdę od razu do własnej subiektywnej historii i wniosków.
     Przerażona ilością plastikowych butelek, które najpierw znosiliśmy do domu z zakupów, a następnie wynosiliśmy na śmietnik, postanowiłam ten proceder ograniczyć.  Najpierw zrezygnowaliśmy z butelkowanej wody i napojów- redukcja ogromna, ale o tym w przyszłości.  Potem zaczęłam się rozglądać i zastanawiać, gdzie by tu jeszcze...  

    Trop prowadził do łazienki- butelki po szamponach, żelach, mydłach w płynie...  Od razu się przyznam, że szampon do dziś gości w mojej łazience- zużywam poczynione zapobiegliwie zapasy i obiecuje sobie test alternatywnych rozwiązań, gdy się wyczerpią.  Reszcie powiedziałam jednak do widzenia i przerzuciłam się na stare poczciwe mydło w kostce.  

     Obawiałam się wysuszenie skóry- okazało się, ze po kilku dniach się przyzwyczaiła.  Nic w nią dodatkowo nie wcieram ani nie wklepuje, a ona nie dość, że funkcjonuje, to jeszcze ma się naprawdę nieźle.  Przy czym warto zerknąć na skład mydła i wybrać takie, które będzie zawierało możliwie jak najwięcej naturalnych składników.  

    Co najistotniejsze znalezienie mydła nieopakowanego w folię nie stanowi większego problemu.  W każdej półce cenowej.  Nie brakuje świetnych mydeł polskich producentów, zarówno tych mniej jak i bardziej znanych.  W sieci pełno jest również porad jak za przygotowanie własnego mydła zabrać się w domowych warunkach.  Ja jeszcze się nie skusiłam, ale hobby jak najbardziej twórcze i zarazem praktyczne.  Może kiedyś...  Póki co wybieram te opakowane w papier i koniecznie wyprodukowane w naszym pięknym kraju.    Stosuję do o rąk, twarzy i całego ciała.  Moimi faworytami w kategorii ekstra-wydajne i odporne na działanie wody (kto lubi gdy mu mydło rozmięka?) są mydełka z Pure Soap i Tołpy.  Ale przetestowałam już masę innych świetnych mydełek i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie.  
  

niedziela, 5 marca 2017

Czarny bez bez obciachu, czyli żelki z gumijagód

     Może nieco nietypowo, ale patent wydaje mi się wart uwagi.  

Czekoladki?  Nie- środek leczniczy, czytajcie dalej...


     Męczyło mnie ostatnio przeziębienie, które z grubsza udało mi się zwalczyć domowymi sposobami.   Pozostawiło jednak po sobie złośliwy ślad w postaci uporczywego kaszlu.  Po kilku dniach bezskutecznej walki postanowiłam skapitulować i zasięgnąć rady profesjonalisty.  Pani doktor ku mej radości stwierdziła że to nic wielkiego, poleciła zaczynać dzień szklanką ciepłego mleka i zaordynowała syrop.  Zakupiłam jedno i drugie, po czym zgodnie z zaleceniami opróżniłam obydwie butelki, choć ciepłe mleko należy do jednej z ostatnich rzeczy na którą rano mogłabym mieć ochotę.  Szczerze powiedziawszy mleko lubię, ale jedynie zimne, a i tak nie pijam od kilku lat.  Nasze drogi się rozeszły, gdy wyszło na jaw, że skutecznie potęgowało trądzik, który spędzał mi wtedy sen z powiek.  

     Wracając do tematu- nawet coś pomogło, ale problem nie zniknął.  Udałam się zatem na gościnne występy i wytargałam z rodzinnej piwniczki sok z owoców czarnego bzu. Zbierałam się tak długo do zbiorów tych drogocennego owoców, że nie przygotowałam własnych zapasów.  An w tym roku, ani w poprzednim.  A chciałam, naprawdę.  Bo wiem, że warto mieć.  Mea culpa.  Planuję się w tym sezonie poprawić.  

     Sok należy zażywać po łyżce w regularnych ostępach czasu i nie żałować sobie specyfiku.  Ja trzymałam się tempa 1 łyżka co pół godziny.  Wcześniej delikatnie go podgrzałam.  Efekt piorunujący!  Tylko jak tu kontynuować kurację, gdy rano do pracy rodacy?   Poza właściwościami zdrowotnymi sok z czarnego bzu pięknie bowiem barwi usta, zęby i język.  W zasadzie zabarwi wam co tylko chcecie.  Skutecznie.  
    Żal jednak nie skorzystać z tego dobra.  Wyglądać niczym bohater baśni Konopnickiej (Na jagody) też wśród ludzi nie bardzo.  I tu olśnienie! Przerobiłam sok na żelki.  Może to i dziwne, ale działa i pozwala to spożywać bez śladu.  



Przepis:

Pół szklanki soku z czarnego bzu

Łyżeczka agaru

Sok zagotować, wsypać agar, dokładnie wymieszać* i przelać do foremki.  Zostawić do stężenia- można w tym celu na kilka minut umieścić w zamrażalniku.  

Mój sok nie zawierał cukru, ale jeśli komuś to przeszkadza śmiało można go posłodzić. Sprawdziłam z ksylitolem.  Jako foremki można użyć silikonowego pojemnika na kostki lodu lub czekoladki. Może też być zwykła miseczka.  Masa po stężeniu z łatwością daje się wyjąć. Można ją kroić na mniejsze kawałki a nawet wykrawać małą foremką do ciastek dowolne kształty.  
Gdyby żelki wyszły Wam za twarde lub za rzadkie śmiało można je ponownie ugotować i zmienić proporcje dodając więcej soku lub agaru.  Agar ma taką wygodną właściwość- potwierdzam, bo sprawdzałam.  

Całość nie zajmie więcej niż 5 minut.  

Smacznego!


* Pomogłam sobie spieniaczem do mleka.  Wymieszał to w kilka sekund.

sobota, 25 lutego 2017

W kierunku zero waste: pieczywo



     Dziś co prawda nic odkrywczego, ale w przypadku dobrych nawyków najważniejsze jest zdecydować się na zmianę, a następnie wytrwać.  Eko-ewolucji ciąg dalszy, czyli o jeden woreczek foliowy lżej.  Lżej mojemu ekologicznemu sumieniu i co najistotniejsze lżej Planecie.  

     Zakup pieczywa do własnego woreczka jak się okazało nie wymaga heroicznej odwagi.  Nie wzbudza zdziwienia u obsługi sklepu.  Co najwyżej uśmiech.  Głupio zatem znosić do domu foliowe woreczki.  Spokojnie zastąpią je bawełniane.  Ja swoje uszyłam w kilka minut.  Można wykonać samemu, można uprosić kogoś znajomego, w ostateczności kupić.  Potem w sklepie poprosić o niepakowanie w folię, podstawić własny osprzęt i grzecznie podziękować.  

Wymówka nr 1
     Tak, wygodniej kupić chlebek pokrojony w równiutkie kromeczki.  Ale postanowiłam dorosnąć, pokroić go w domu przy użyciu noża i osiągnąć mistrzostwo w estetycznym krojeniu pieczywa.  Albo jeść kanapki wykonane  z krzywo skrojonego pieczywa.  W zasadzie wszystko jedno, smakują tak samo.  

Wymówka nr 2
    Człowiek wraca sobie z pracy i wypadałoby po drodze uzupełnić pusty chlebak.  Bawełniane woreczki trzeba zatem mieć przy sobie.  Umieszczam więc po jednym zapasowym w torebce i w samochodzie (to drugie ze względu na WM*).  Obok wielorazowych toreb na zakupy, bo je nosimy i wozimy ze sobą od dawna.   Żeby nie było, że się zapomniało.  

Wymówka nr 3
   Znowu się nie udało. Skleroza, pośpiech, lenistwo i tego typu przypadłości.  Trudno się mówi, żyje się dalej.  I dalej pracuje nad utrwaleniem nawyku.  Z torbami na zakupy się udało, nie bolało, a więc się da.  

* Współmałżonek statystycznie wykonuje większość tego typu zakupów, ale zaopatrzony w bawełniany worek i polecenie zakupu doń pieczywa zadanie wykonuje szybko, sprawnie i bez zbędnych pytań.  Zatem sukces. 

wtorek, 21 lutego 2017

Zdrowa książka: "Kuchnia dla biegaczy. Siła z roślin"




"Kuchnia dla biegaczy. Siła z roślin"

Autor: Domaradzka ViolettaZakrzewski RobertParol Damian

     Jest to książka kucharska okraszona poradami dotyczącymi diety biegacza na diecie wegańskiej. Przyznam, że sięgnęłam po nią z czystej ciekawości, nie jestem na diecie roślinnej i wręcz nie cierpię biegać.  Ale w ramach poszerzania horyzontów i zgodnie z ideą, że zawsze warto szukać zdrowych inspiracji przytaszczyłam ją z biblioteki.  Swoją drogą dobrze zaopatrzona biblioteka pozwala bezkarnie sięgać po pozycje, których pewnie bym nie zakupiła, ale uwaga - już nie raz przelotne spotkanie z książką zakończyło się u mnie zakupem własnego egzemplarza. 

Co znajdziemy w środku?  

     Przepisy na mądrze skomponowane wegańskie posiłki uwzględniające zapotrzebowanie organizmu poddawanemu regularnym treningom.  Wstęp teoretyczny napisany przystępnie,  wszystkie przerywniki pomiędzy przepisami jak np. opisy biegów długodystansowych czy informacje o suplementacji również, a nie są to tematy które mnie pasjonują.  Za to duży plus.  Składniki nie są wyszukane, zwykle bez problemu znajdziecie je w pobliskim sklepie nie nadwyrężając przy tym domowego budżetu.  To co spodobało mi się najbardziej to system prostych oznaczeń informujący m.in. że dana potrawa bogata jest w żelazo, witaminę D, białko, cynk itd.  To ułatwia komponowanie posiłków, gdy na konkretne zapotrzebowanie chcemy zwrócić szczególną uwagę.  


     Strona graficzna nie jest najmocniejszym punktem tej pozycji.  Wszystkie potrawy są zaprezentowane na fotografiach, ale ja przyzwyczajona jestem już chyba do wysmakowanych fotografii kulinarnych i niełatwo zachęcić mnie do ugotowania czegokolwiek, jeżeli zdjęcie mnie nie urzekło.  To z pewnością nie jest najlepsze podejście do tematu, ale czerpię dużą przyjemność z przeglądania pięknie wydanych receptariuszy.  
      Podsumowując, nie jest to książka przeznaczona do kontemplowania jej szaty graficznej, ale pozycja bardzo praktyczna.  Dla biegaczy jak najbardziej i to nie tylko wegan - posiłki warto urozmaicać bez względu na dietetyczne deklaracje, a tu inspiracji nie brakuje.  Zbyt dużo czasu na ich wykonanie nie poświecimy, więc na trening z pewnością go nie zabraknie. 

     Zatem dla biegaczy i zabieganych polecam.  Sama jestem ignorantką w tym temacie i lubię nakarmić oczy porcją uroczych fotografii, więc z "Kuchnią dla biegaczy." nie planuję dłuższego romansu.