niedziela, 27 sierpnia 2017

Nocne zwiedzanie zamku Czocha




    Na zamek Czocha wybierałam się od dawien dawna i wybrać się nie mogłam, a więc trochę wstyd, bo jednak mieszkam na Dolnym Śląsku.  Zmotywował mnie dopiero plakat z informacją o nocnym zwiedzaniu zamku.  I pokrótce - o tak, było warto!



   Zamek, nie dość, że malowniczo położony w dolinie rzeki Kwisy, to jeszcze sam jest niezwykle urokliwy.  Średniowieczna twierdza ma bardzo bogatą historię, ale o tym zainteresowanym opowie wujek google.  Ze swojej strony na zachętę wrzucam garść fotografii.  



  Co do samego nocnego zwiedzania- przygoda rozpoczyna się około 22 i przez niemal trzy godziny zwiedzamy zamek w 3 grupach, nad którymi wymiennie czuwa 3 przewodników.  Nie chwaląc- ci ludzie naprawdę wiedzą co robią ;) 



   Tajne przejścia, zewnętrzne dziedzińce, lochy, biblioteki, piwnice... Ogólnie wszystko o czym możecie sobie pomarzyć.  Duchy, legendy, dreszczyk emocji i kręte schody w gratisie.  W czasie kiedy my zwiedzaliśmy zamek motywem przewodnim był Alarm na Zamku Czocha, czyli klimaty militarne.  Scenki odgrywane przez grupę rekonstrukcyjną i żołnierze wybiegający niespodziewanie z ciemnych zaułków  to taki dodatkowy smaczek w trakcie zwiedzania.  Przygoda niezapomniana, zatem kto może niech wpada!



sobota, 12 sierpnia 2017

Wakacyjne okamgnienie


Lato mija zdecydowanie zbyt szybko.  Śpię coraz mniej, bo szkoda mi czasu.  Warzywa czekają na uwięzienie ich w słoikach, książki krzyczą, że za długo czekają na swoją kolej. Żal nie uciec z miasta na weekend, a ja nie nie wiem kiedy upychać wizyty, spotkania, telefony...  Człowiek czeka na to lato, żeby wypocząć, a potem zarywa noce, żeby znaleźć czas na jak najwięcej.  Czas tak szybko ucieka, że, trudno, wyśpię się zimą :) 





niedziela, 2 lipca 2017

W lekkim rozgardiaszu



   Zbierałam się do popełnienia jakiegoś wpisu w tym moim małym wirtualnym światku, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie.  Po świadomej przewie wywołanej natłokiem pracy i nauki w życiu realnym i po małych wakacjach nazbierało się trochę w mojej głowie.  

    Plany na ten weekend zmieniały się bardzo dynamicznie, by ostatecznie niedziela zaskoczyła mnie totalnym uziemieniem pod postacią braku samochodu i towarzystwa.  Ostatecznie, choć początkowo niechętnie uznałam ten nieoczekiwany rozwój wydarzeń za wspaniałą okazję do tego, żeby wreszcie zająć się sobą.  Pomyśleć, poczytać, coś napisać, poćwiczyć, zaplanować....   Tylko ja i ja, sam na sam.  Chwilę po niespiesznej porannej kawie odezwał się telefon- stęskniona rodzina (widzieli mnie wczoraj rano...) kusi popołudniem na wsi.  Szofer, ze się tak wyrażę, zajedzie pod drzwi ;)  
Jestem wiecznie stęskniona za sielskimi krajobrazami, zdradzam więc wielką płytę bez wahania i zmieniam swoje plany. Dwie godziny później staje przede mną małżonek, którego miało dziś nie być i ponownie wymusza drobną korektę działań.  
   
   Znowu więc nie napiszę tego co sobie zaplanowałam, ale postanowiłam zaczepić się chociaż w swojej wirtualnej przestrzeni, by nie przedłużać przerwy i zmobilizować się do działania.  
Mam sporo przemyśleń na temat tego,  czego mi trzeba.  I jeszcze więcej pomysłów.

A teraz trzeba mi słońca, wiatru i zieleni....

 

wtorek, 16 maja 2017

Powolna redukcja garderoby cz.4




     Wałkowanie tematu garderoby prędzej, czy później prowadzi do zakupów.  Oby później, bo nie chcemy mieć w domu kilogramów ubrań zalegających w szafach.  Pojawiają się jednak sytuacje, gdy na zakupy zdecydować się trzeba.  Zupełnie nie mamy czym zastąpić zużytych elementów lub pojawiają się nowe potrzeby.  
     Z tymi nowymi potrzebami staram się być jednak ostrożna. Przykładowo, gdy zaczęłam uczęszczać na ćwiczenia w fitness klubie nie kupiłam ani jednej sztuki odzieży.  Miałam w domu legginsy i wygodne koszulki, więc uznałam zakup dedykowanych do tego celu sportowych ubrań za zbędny.  Po 1,5 roku podtrzymuję to stanowisko.  Matę do ćwiczeń kupiłam, ale ubrań już nie.  
    W nieskończoność zużywać własnych ubraniowych zapasów się jednak nie da, nawet gdy nie zmienimy rozmiaru czy trybu życia.  Postanowiłam więc trzymać się w przypadku nowych zakupów kilku zasad.

    1.  Najważniejszą wyznacza poczucie gospodarczego patriotyzmu.  Chciałabym, żeby ubrania które noszę produkowane były w Polsce, a ludzie którzy je szyją godziwie zarabiali.  Odpada transport z drugiego końca świata, redukuje się szkodliwy wpływ na środowisko.  Każdy chyba słyszał choć trochę o warunkach pracy w azjatyckich szwalniach.  Nie czuję się dobrze, myśląc że przykładam do tego rękę.  Skoro chciałabym,żeby w sklepach królowały wytwory rodzimego przemysłu, powinnam je kupować.  Że najczęściej okaże się drożej? Trudno, ale tak logicznie myśląc, chyba każdy by wolał, żeby jego znajomi, sąsiedzi, członkowie rodziny mieli pracę i to taką satysfakcjonującą finansowo.  Kupując tanią szmatkę w zagranicznej sieciówce nie sprawiam, że tak się stanie.  Świat zmienia się powoli, małymi krokami, przy dokonywaniu codziennych wyborów.  Kupując rzadko jakoś da się przełknąć te wyższe ceny, zresztą jak wszędzie panuje dość duża rozbieżność w tym temacie i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.   Trzeba tylko poszukać, to niestety zajmuje trochę czasu, więc mamy kolejny argument za rzadszymi zakupami.  

 2.   Ile ubrań faktycznie potrzebuję i jestem w stanie regularnie używać?  Nie wiem, ile czasu zajmie mi dojście do granicy, w której stwierdzę, że mniej to już za mało.  Zważywszy na to, że postanowiłam rozprawić się z garderobą bez bezmyślnego wyrzucania, trochę to potrwa...  To co leży nieużywane zwyczajnie się jakby marnuje, bo nie wykorzystujemy potencjału danej rzeczy.  Nie tyczy się to tylko ubrań, czy butów. Zrezygnowałam więc z kupowania bo ładne, jeszcze takiego nie mam, kiedyś się przyda, albo jest okazja. Potrzebuję i będę regularnie używać?  Jeśli nie, to szkoda mojego czasu, pieniędzy, środowiska i miejsca w moi domu. 

3.  Kupuję dla siebie i poza oczywistymi względami typu ubiór do pracy czy jego stosowność do różnych okazji, nie martwię się zbytnio o trendy sezonu.  Swoją drogą, kiedy wydaje mi się, że nic głupszego w modzie już wymyślić nie można, ludzkość udowadnia mi, że jednak.... Lepiej trzymać się tego co mi służy i w czym ja czuję się dobrze.  Każdy zrozumie to inaczej, zinterpretuje pojęcie klasyki po swojemu i to jest fajne.  

    Pozostaje jeszcze kwestia tego gdzie kupować.  Poza staraniami o patriotyczne pochodzenie własnej dzieży, w ramach ekologicznych rozwiązań dopuszczam jeszcze wizyty w second handach.  Poczciwy lumpeks poratuje, gdy budżet nie pozwoli na większe wydatki i zaspokoi nagłą potrzebę kupienia sobie czegoś nowego.  Jednak po tym jak zakupiłam sukienkę, która gościła na moim ciele tylko w czasie przymiarki, staram się podchodzić do zakupów w tych przybytkach bardzo restrykcyjnie.  Szukam raczej perełek i zupełnie się nie zrażam tym, że zwykle wychodzę z pustymi rękami.  Nie chcę utonąć pod stertą nienoszonych ubrań, tylko dlatego, że było tanio i zakupom nie towarzyszyły ekologiczne wyrzuty sumienia.  Nienoszone ciuchy powinny jednak je wywoływać.  
Co do zupełnie nowych ubrań zapełniam szafę powoli, to tu, to tam.  Może się kiedyś pokuszę o konkretniejsze sprawozdanie.  Póki co testuję na sobie, bo o ile opinie na temat ciuchów z takiego h&m  wyrazi prawie każda zapytana o to znajoma, to w przypadku polskich marek jest dużo gorzej.

     Ostatecznie wolę jednak kupić 2 sztuki odzieży spełniającej moje wymagania na rok, niż wrócić do domu z reklamówką szmatek i martwić się potem co z nimi zrobić.  Tak na marginesie- reklamówkom mówimy stanowcze nie!  (nawet w czasach gdy udawałam się na galeriowy shopping pakowałam nabytki do własnych płóciennych toreb- trzeba tylko ubiec sprzedawcę i konsekwentnie odmawiać pakowania w plastik).  

środa, 3 maja 2017

Powolna redukcja garderoby cz.3




     O moim sposobie na powolne i bezstresowe redukowanie zawartości szafy już było.  Pozostaje kwestia tego co dalej?  Co z elementami, które z racji swojego zużycia wypadają z obiegu?  Czym je zastąpić.  

     Siłą napędową moich działań jest zamiłowanie do porządku i niezagraconych przestrzeni oraz aspekt ekologiczny. Odpada zatem wyrzucanie do zwykłego kosza wyeksploatowanych ubrań.  Lądują w specjalnych kontenerach, a jak to wygląda w praktyce można przeczytać tutaj. Nie będę się powtarzać, wszystko jest tam pięknie wyjaśnione, a sam blog jest kopalnią fantastycznych pomysłów.  

   Czasem jednak warto zastanowić się, czy aby nie da się tych zmaltretowanych szmatek jeszcze jakoś wykorzystać.  Ściereczki do sprzątania, czy czyszczenia butów w moim domu pochodzą ze zużytych bawełnianych koszulek.  Niełatwo trafić na idealny do sprzątania i chłonny materiał, więc nie przepuszczę żadnemu rokującemu w tym kierunku skrawkowi bawełny.  Wystarczą umiarkowane zdolności krawieckie, żeby z resztek uszyć np. woreczki.  W sieci aż kipi od upcyclingowych inspiracji.  Kilka sztuk odzieży nienadającej się do noszenia zostawiłam sobie ze względu na interesujący wzór czy materiał- czekają aż przyjdzie wena i właściwy moment, żeby nadać im drugie życie.  

     Kiedy patrzę na to, w jakim tempie redukuje się garderobę "przez zużycie", konieczność zakupowych wycieczek wydaje się raczej odległa w czasie.  To nie kuchenne zapasy, które można zużyć w przeciągu kilku dni czy tygodni.  Prędzej, czy później nadejdzie ten moment. Ubrania się wykruszą i ciężko będzie znaleźć dla nich zamienniki.  

   Właśnie- zamienniki! - bo kreatywne podejście do garderoby pozwala spojrzeć na poszczególne jej elementy w nowym świetle.  Zamiast szukać nowego wiosennego płaszcza, zaczęłam na jego miejsce nosić dość ciężki, nietypowo skrojony żakiet.  Nie sprawdzał się na co dzień, ale jako okrycie wierzchnie okazał się idealny!  
     Gdy brakuje mi pomysłów, myślę sobie, co bym zrobiła, gdybym absolutnie nie mogła sobie pozwolić na nowy zakup. Czasem to pomaga i do głowy wpadają nowe pomysły.  Każda szafa jest inna i każdy będzie miał inne możliwości ,a co za tym idzie pomysły na jej wykorzystanie.  

     Czasem zmiana przeznaczenia ratuje sytuację.  Koszulki, które są wygodne,a z różnych przyczyn nie noszę ich na co dzień zaczynają nowe, nocne życie i stają się elementami piżamy.  W tym samym celu oddelegowałam kiedyś dresowe spodnie.   Nie znoszę tego typu ubrań,więc  zalegały kilka lat, aż zostały częścią zimowego zestawu do spania i tu doceniłam wreszcie walory materiału.  Nocny upcycling jest chyba moją specjalnością, bo w roli szlafroka męczę ostatnio wygodną bluzę odziedziczoną po małżonku.  Posiadam, też tradycyjnie uznane za piżamę elementy garderoby- nie każdy mój nocny outfit jest taką zbieraniną :D  Ale własne kompozycje okazują się być w moim przypadku najbardziej trafione.  

Tym sposobem znowu nie dotarłam nawet do kwestii zakupów.  O tym innym razem.  

piątek, 21 kwietnia 2017

Powolna redukcja garderoby cz.2



Kontynuuję rozpoczęty ostatnio wątek garderoby. 
 
Postanowiłam, że wykorzystuję na maksa to co mam i w ten sposób zaczęłam redukować buty, ubrania i dodatki.

     Pierwszym krokiem był przegląd garderoby i testowe wprowadzanie do użytku niewyciąganych na co dzień z szafy elementów.  Niejednokrotnie zdarzało mi się otrzymywać komplementy, gdy np. częściej zaczęłam ubierać sukienki i spódnice, które chętnie kupowałam, ale wisiały w szafie przegrywając ze spodniami.  Sama dziwiłam się, gdy wyjmowałam kolejny ciuch, który przecież tak mi się podobał, a zalegał nieużywany.  

     Żeby było mi łatwiej i dla przyspieszenia redukcyjnych sukcesów wytypowałam kandydatów "na dotarcie".  Okazało się bowiem, że wcale nie tak łatwo zużyć swoje ubrania.  Nigdy nie miałam większych problemów z zakupami kiepskich jakościowo ciuchów- już gdy byłam dziecięciem mama nauczyła mnie oglądać dokładnie każdą sztukę przed zakupem i wybierać raczej trwałe i naturalne materiały.  
     A to oznacza, że ubrania dłużej posłużą. Świetna sprawa gdy je lubimy, gorzej gdy właśnie postanowiliśmy wyeksploatować je na śmierć, a one uparcie mają się całkiem nieźle ;).  I tu pojawia się element "kary za zakupy", czyli konsekwencje wcześniejszych wyborów.

 Ma to zasadniczo dwie zalety:

1. Po dłuższym i intensywniejszym niż dotąd użytkowaniu niektórych ubrań nie rozumiem, co dotąd powstrzymywało mnie przed ich noszeniem.  Można powiedzieć, że z czasem je nawet polubiłam, przekonałam się do niektórych krojów i kolorów.  Lub wręcz przeciwnie- jestem pewna, że już więcej nic podobnego nie kupię.   

2.  Nieoceniony walor edukacyjny, jakim jest zgłębianie tajników własnej garderoby i męczenie tych ubrań na wszelkie możliwe sposoby, skutkuje dużą ostrożnością w przypadku nowych zakupów.  Mam kilka kryteriów, których staram się teraz trzymać wpuszczając nowe ciuchy do swojej szafy.   Zapełnia się więc dużo wolniej nowościami, a te są zdecydowanie bardziej trafione w mój gust i moje potrzeby. Nie chcę, żeby ubrania w niej zalegały, a nie uśmiecha mi się męczenie z nietrafionymi wyborami.   
 
     Wracając do wątku straceńców- wybrałam kilka sztuk odzieży, które zapowiadały się skapitulować najszybciej i starałam się nosić je jak najczęściej.  Bez taryfy ulgowej niektóre z nich szybko zakończyły swój ubraniowy żywot, inne wykazały się zaskakującą trwałością.  Satysfakcja, gdy z czystym sumieniem mogłam wyrzucić kompletnie wymęczony ciuch była ogromna.  

     Dla ułatwienia przeprowadziłam małą segregacje i tak ułożyłam swoje ubrania, by sięgać po "grupę śmierci" jak najczęściej.  Ogromna w moim przypadku kolekcja bielizny została podzielona i np. spora część skarpetek została schowana.  Te które pozostały, intensywnie prane i użytkowane, odchodzą kolejno na emeryturę i są kolejno zastępowane przez te odłożone.  W ten sposób niespodziewanie polubiłam się z podkolanówkami.  Nie wiem po co kupowałam długie kolorowe skarpetki, skoro nigdy ich nie ubierałam ("co za okazja, nie mam jeszcze żółtych w swojej kolekcji").  Kiedy się zmusiłam do ich użytkowania okazało się, że nawet nam po drodze i umilały mi długie, chłodne miesiące.  

     W międzyczasie zupełnie dobrowolnie do wyzwania dołączył WM i też postanowił zmniejszyć swoją kolekcję koszulek i bielizny.  Poza tym nie ma problemów z nadmiarem w garderobie- cóż, mężczyznom zdecydowanie łatwiej się ograniczać  w tym temacie.  Twierdzi, że przemawia do niego aspekt ekologiczny i dzielnie towarzyszy mi w postanowieniach.  Taka mała prywatna grupa wsparcia :)

     W efekcie oboje kupujemy mniej i rzadziej wybieramy się na rajd po sklepach - to ważne, bo żadne z nas nie traktuje wizyty w centrum handlowym jako przyjemności.  Powoli uzupełniamy braki w garderobie, ale już z dużo większą niż uprzednio świadomością.  Stawiamy na jakość i staramy się wspierać swoimi wyborami polskich producentów. W końcu głosujemy swoimi portfelami i przemawia do nas idea gospodarczego patriotyzmu. Przez to nie mogę powiedzieć, że nasze wydatki na ubrania jakoś drastycznie zmalały, ale też nie wzrosły.  Zamiana ilości w jakość następuje bezboleśnie, bo rozłożona jest w czasie.  

czwartek, 13 kwietnia 2017

Powolna redukcja garderoby cz.1

     
         Chyba każdy, kto zaczyna świadomie rozglądać się wokół i redukować wszechobecny nadmiar, staje przed tym dylematem.  A właściwie staje przed szafą i zaczyna dumać... Oględziny dobytku w 99% przypadków prowadzą do stwierdzenia, że ubrań jest za dużo, a czystki w garderobie są konieczne. Nie stoi to na przeszkodzie stwierdzeniu, że nie mam się w co ubrać :)




     Zwykle tego typu historie wspominają o kilku workach wyrzuconych lub oddanych ubrań.  Gdybym postanowiła wyrzucić z szaf kilka worków ubrań zapewne nie miałabym co na siebie włożyć.  Nigdy nie doszłam do takiego etapu gromadzenia, ale i tak w szafie robiło się zdecydowanie za ciasno, a spora część garderoby zalegała nieużywana.  Chodziłam wokół tego tematu dość długo, bo takie zwyczajne pozbywanie się problemu poprzez wyniesienie z domu kilku worków nie było akceptowalne przez moje ekologiczne sumienie.  
    
      W pierwszej kolejności pozbyłam się ubrań, które trafiły do konkretnych osób.  Najzwyczajniej w świecie oddałam je komuś, komu będą służyły.  Zredukowało to kolekcje o kilka sztuk i przyznam, że widok znajomej w waszym niekochanym od dawna, ale świetnie zachowanym sweterku daje poczucie ulgi- nie zmarnowało się!

     Kilka sztuk odzieży zostało wytypowane na handel- tu sprawdza się u mnie OLX, z którego sama chętnie korzystam, gdy czegoś potrzebuję.  Wpływy do budżetu z tego procederu są niewielkie, ale rekompensują przynajmniej czas poświęcony wizytom na poczcie.  Fakt, że kolejne elementy garderoby uwolniły przestrzeń- bezcenny.  Dodatkowo brak opłat na tym portalu pozwala na spokojne oczekiwanie, aż ktoś zgłosi się po nasze szmatki, a to zwykle trwa i należy uzbroić się w cierpliwość.  Ja mam w szafie pudełko do którego wkładam ciuchy wystawione na sprzedaż, bądź wytypowane na oddanie i tam spokojnie sobie leżą czekając na nowego właściciela.

     Co jednak z całą resztą, z którą nie umiałam się rozstać lub nie nadawała się już by przekazać ją komuś innemu?  Tu postawiłam na niepopularne rozwiązanie, które miało być jednocześnie eksperymentem i małą karą za zbyt częste zakupy (choć mam wrażenie, że w skali społeczeństwa nie kupowałam jakoś specjalnie dużo ubrań).  Postanowiłam rozprawić się z problemem tak jak zapewne robiono to od wieków, nim zagościły w naszej rzeczywistości galerie handlowe i możliwość zakupów przez internet.  Kupiłaś - to używaj.  Zwyczajnie korzystaj z tego na co wydałaś swoje ciężko zarobione pieniądze.  Zastanów się czy aby na pewno nie ma w szafie już czegoś, co właśnie wydaje się niezbędne i warte zakupu.  Zmusiłam się do większej kreatywności i sięgnęłam wgłąb swoich szaf i szuflad.  Dlaczego nie noszę tej bluzki, na jaką okazję czeka ta sukienka? Itp, itd....  Przecież sama kupiłam te ubrania, więc w jakiś sposób odzwierciedlają mój gust i poczucie estetyki. Zadecydowałam więc, że wyduszę z tego co mam jak najwięcej.  Zużyję, zedrę, przerobię.  A przy nowych zakupach wykażę się większą ostrożnością. 

środa, 29 marca 2017

Upcycling: łapka kuchenna DIY

     W dzisiejszym odcinku krótka historia narodzin poczciwej łapki kuchennej znanej też jako łapka do garnków, czy jak kto zechce nazywać ten kuchenny gadżet.  Zacznijmy od tego, że tradycyjna forma tego akcesoria, a więc ogromna rękawica jest dla mnie mało poręczna, zatem wybieram raczej skromniejsza jej wersję (taką jak na zdjęciu poniżej, bo przyznam, że brakuje mi fantazji jak to zgrabnie opisać).


Ot, takie niepozorne serduszko, ale bardzo przydatne.

     Łapka swoje jednak odsłużyła, osiągnęła poziom ekspert w kategorii wizualnej poniewierki i przeszła na emeryturę.  Pochodziła ze znanej sieciówki, była niedroga oraz bardzo praktyczna i pewnie, gdybym notorycznie nie zapominała o zakupie jej następczyni za każdym razem gdy odwiedzałam galerię handlową (w sąsiednim mieście, więc nieczęsto i niechętnie) nie chciałoby mi się zasiąść przy maszynie do szycia. 

Główna wada? Nie była ognioodporna...

Zapominałam i zapominałam tak długo, że zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie ten zakup jest mi potrzebny.  I doszłam do wniosku, że nie.  Przecież łapkę mogę spróbować wytworzyć w domowym zaciszu i z tego co już mam pod ręką.  Z resztek materiału, który służył mi kiedyś do uszycia kuchennych zasłon stworzyłam swego czasu zestaw serwetek.  Tak do kompletu i żeby spożytkować niewielki kawałek materiału jaki mi pozostał.  

Ciągłe pranie i odplamianie nie jest jednak moją pasją...

Serwetki okazały się mało praktyczne i tak sobie zalegały w czeluściach szaf.  Trzy wystarczyły do uszycia dwóch kuchennych łapek.  

W roli wypełniacza wnętrzności odrobina  zawartości taniej ikeowej poduszki

 Jeden prostokąt przecięłam na cztery części i obszyłam boki.  Serwetkę (lub prostokątny kawałek materiału, jak kto woli) złożyłam na pół i zszyłam zostawiając mały otwór przez który włożyłam wypełnienie, tworząc coś w rodzaju poduszeczki.  




Na wierzch przyszyłam "skrzydełka" i dodatkowo przejechałam maszyną przez środek poduszeczki między nimi, żeby wkład wewnątrz zbytnio się nie przesuwał.


Po przyszyciu zawieszki łapka trafiła do kuchni i dzielnie pełni swą powinność.  Bez problemu znosi też częste pranie.  Wykonanie nie wymaga ani specjalnych umiejętności ani szalonej precyzji.  Nakład czasowy również niewielki, a kawałek materiału do przerobienia zawsze się znajdzie. więc nakłady finansowe uznaję za kwestię pomijalną.  Maszynę do szycia można  w razie potrzeby pożyczyć lub jeśli tylko wystarczy nam cierpliwości, wykonać całą robotę szyjąc ręcznie (choć wtedy raczej nie zmieścimy się w 10 minutach).  

Efekt końcowy, czyli łapka w swoim naturalnym środowisku.

środa, 22 marca 2017

Minimalizm a epistolografia




    Proces redukowania nadmiaru ma to do siebie, że człowiek przegląda szafy, szuflady, zakamarki i różne rzeczy w nich znajduje.  A potem duma co z tymi fantami począć.  Biorąc kiedyś do ręki zestaw różnorakich papeterii pozostałych mi jeszcze z czasów podstawówki (!) zaczęłam rozmyślać jaki by tu z nich zrobić pożytek.  
     Latami w ramach co gruntowniejszych porządków przekładałam je z miejsca na miejsce.  

     Kiedyś pisywałam listy do koleżanek z kolonii, kuzynki i przyjaciółki, której rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce.  Uwielbiałam ten moment, gdy do rąk trafiała świeżutka koperta.  Spotkanie z listonoszem było małym świętem na które czekałam - nie było wtedy w mojej miejscowości jeszcze skrzynek pocztowych i przedstawiciel Poczty wręczał przesyłki osobiście, twarzą w twarz, jakoś tak sympatycznie to przebiegało i miło to wspominam.  Papeterie wybierałam długo i z namaszczeniem podczas wizyt z mamą w empiku- to był dla mnie najpiękniejszy sklep świata.    

    Co więc począć z kupką kolorowych kartek i dedykowanych im kopert?  Zgodnie z logiką i przeznaczeniem należałoby zasiąść do pisania.  Ale jak teraz, w dwudziestym pierwszym wieku?   W epoce maili, facebooka, esemesów i tanich rozmów telefonicznych?   Do kogo i o czym pisać?  

Tylko zasiąść do pisania


     Wtedy pomyślałam o kimś komu taki list sprawiłby trochę radości, kimś kto uznałby romantyczną i staroświecką czynność za wartą zachodu.  

     I napisałam pierwszy list do M, z którą po kilku latach wspólnej studenckiej doli mieszkamy teraz jakieś 300 kilometrów od siebie.  M, jak utrzymuje do dziś, z listu się ucieszyła i prędko w swojej skrzynce znalazłam kolorową kopertę.  I tak już od wielu miesięcy wymieniamy się korespondencją. 

Papiernicze ostatki


     Słowo pisane to nie to samo co maile, telefony czy facebookowe wiadomości.  To inny wymiar komunikacji ;).  Stosik papierniczych akcesoriów już stopniał, niedługo zapakuję do koperty ostatnie kolorowe kartki z wiekowych zapasów.  Zabawę w pisanie listów będziemy kontynuować jednak dalej.  Rysować obrazki, przyklejać na kartkach wesołe naklejki, ozdabiać koperty i czekać na odpowiedź.  Jakie piękne historie potrafią się zacząć od niepozornych porządków.  

sobota, 18 marca 2017

Upcycling- butelka po wodzie toaletowej i nalewka z geranium





Bohaterzy dzisiejszego odcinka....



     Gdy skończyła mi się woda toaletowa zaczęłam się zastanawiać się jakby tu spożytkować pozostałą po niej buteleczkę.  Przyznam, że bardzo spodobało mi się to proste w formie opakowanie i trochę żal było mi tak zwyczajnie je wyrzucić.  Nie jestem wielką fanką perfum, wód toaletowych, czy perfumowanych kosmetyków.  Wodę otrzymałam w prezencie i  choć sama wybrałam zapach (werbena  z cytrusową nutą) i byłam z niego bardzo zadowolona, to nie odczuwam potrzeby zakupu jakiegokolwiek następcy.  Tak już mam.  Może w przyszłości, ale prędzej wykombinuję coś sama :)


Stworzona do powtórnego wykorzystania.


   Okazało się, że opakowanie bezproblemowo się rozkręca i aż się prosi o powtórne wykorzystanie.  Nie miałam też problemu z wyczyszczeniem butelki.  Wystarczyło trochę sody i octu.  Nie wiem czy w przypadku intensywniejszych zapachów i nieco bardziej "chemicznego" składu byłoby to równie proste.  


Elektryczna suszarka do grzybów wysuszyła listki ekspresowo fundując nam przy okazji inhalacje.

     Butelkę ostatecznie postanowiłam spożytkować ze względu na bardzo udany atomizer jako opakowanie do przechowywania i aplikacji nalewki z geranium.  Geranium stanowiło (obok róży) nutę bazową mojej wody toaletowej, więc można powiedzieć, że to przeznaczenie owej buteleczki.  

     Nalewka z geranium, zwanego powszechnie (przynajmniej w moim otoczeniu) anginką świetnie nadaje się do spryskiwania pomieszczeń w celu nawilżenia powietrza i do walki z panoszącymi się wkoło wirusami. Nieocenione w czasie jesienno-zimowych miesięcy, bo nasyca powietrze leczniczymi substancjami.  Ja osobiście uwielbiam jej charakterystyczny ziołowy zapach i używam jej zarówno w czasie sezonu przeziębieniowego jak i do odświeżenia powietrza.  

Przepis na nalewkę z geranium*

2 łyżki listków świeżego geranium pokrojonego drobno wraz z łodyżkami
1/4 litra wódki 


Listki należy zalać alkoholem i odstawić (najlepiej w ciemnej butelce) na 10 dni, pamiętając by codziennie wstrząsnąć zawartością.  Następnie przecedzić i gotowe do użycia.

Nalewkę można również dodawać do herbaty (20-30 kropelek) lub nacierać nią ciało np. dłonie i stopy.  Zadziała rozgrzewająco i orzeźwiająco.  

* przepis pochodzi z książeczki "Przewodnik po zdrowym życiu" autorstwa Stefanii Korżawskiej 

Nalewka gości w moim domu już od kilku lat i z czystym sumieniem mogę ją polecić dalej. Teraz zyskała estetyczną oprawę - zasłużyła sobie.  


Butelka wykorzystana, geranium po zerwaniu liści zaś doszło już do siebie.



   Na koniec dodam, że geranium choć jest nieco babcinym kwiatkiem warto mieć w domu. Bardzo lubi być podskubywana, dzięki temu ładnie się rozrasta na boki.  Listki można wykorzystać do produkcji nalewki lub zaparzyć jako ziołową herbatkę o właściwościach przeciwwirusowych- sprawdzą się zarówno świeże jak i suszone.  Poratuje także w razie bolącego ucha, wystarczy zgnieciony listek włożyć do ucha a ona zrobi swoje (o ile sprawa nie jest poważna) .  Ja pierwszy egzemplarz wyprosiłam u babci ( a jakże!), potem skwapliwie rozmnożyłam i zdarzało mi się wręczać odchowaną roślinkę w prezencie tym, którzy marzyli jej posiadaniu, a niezbyt radzili sobie ze szczepkami.  Dla mnie to taki domowy must-have .  

niedziela, 12 marca 2017

Zdrowa książka: "Ciało i ducha ratować żywieniem" Ewa Dąbrowska



"Ciało i ducha ratować żywieniem" 
Autor: Ewa Dąbrowska

     Zmęczenie zimową aurą i dokuczające mi ostatnio wiosenne przesilenie zaowocowały decyzją o przeprowadzeniu jakiegoś detoksu.  W tym celu przejrzałam kilka pozycji dotyczących tej tematyki, w tym zaprezentowaną powyżej.  Znamy się już trochę, bo szczerze powiedziawszy sięgnęłam po nią w ramach przypomnienia- przestudiowałam ją wnikliwie już w zeszłym roku, gdy po raz pierwszy zdecydowałam się na owocowo-warzywną głodówkę.  Mogę zatem powiedzieć, że wiem o czym piszę ;)  

    Co znajdziemy w środku?  

      Na ponad dwustu stronach broszurowego wydania mamy zapis cyklu konferencji wygłoszonych przez doktor Ewę Dąbrowską na antenie Radia Maryja.  Przyznam, że nie brzmi to (przynajmniej dla mnie) nazbyt pociągająco.  Zapis 13 audycji porusza tematykę leczenia postem.  Dowiemy się dlaczego warto taki post przeprowadzić, jak on wygląda i jakich efektów  możemy się spodziewać.  Wszystko okraszone historiami pacjentów i schorzeń, które dzięki tej metodzie udało się złagodzić lub całkowicie wyleczyć.  Nie obejdzie się jednak bez specyficznego kontekstu religijnego, co sprawia, że pierwszą połowę książeczki czyta się hm... dość dziwnie.  Wiadomo, ze człowiek to nie tylko ciało, ale i dusza, że psychika ma kluczowe znaczenie w przypadku leczenia wielu (jeśli nie wszystkich) chorób, ale przyjęta stylistyka może nieco razić lub irytować.  Warto jednak przebrnąć przez te rozdziały.  Po pierwsze poukrywane w nich są przydatne informacje na temat samej diety, a po drugie z racji formatu nie zajmuje to zbyt wiele czasu, a pozwoli złapać pewien kontekst.  

     W drugiej części mamy już konkret- przepisy diety owocowo-warzywnej.  Czyli jakie produkty są w przypadku tej głodówki (bo ilość dostarczanych na tej diecie kalorii tak ją kwalifikuje) dozwolone, a czego należy bezwzględnie unikać.  Następnie przykładowy jadłospis na 14 dni i garść przepisów na poste potrawy.  Znajdzie się też kilka słów na temat, co dalej i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania.  
    Co istotne nie ma tu wymyślnych ani kosztownych składników, propozycje potraw nie są skomplikowane i w zasadzie nie musimy się ich trzymać.  Śmiało można zdać się na własną inwencję twórczą, byle tylko korzystać z listy dozwolonych produktów.  Jeżeli komuś taka forma odpowiada, gotowanie nie jest wcale konieczne- warzywa i owoce możemy chrupać na surowo.  
     
    Czy warto?
Przyznam, że tak radykalna forma postu wzbudza wiele obaw.  Postanowiłam jednak zaryzykować i przeczytane wskazówki wcielić w życie.  Efekty przerosły moje najśmielsze oczekiwania, choć początkowo zakładałam, że jeśli wytrwam na diecie trzy dni, uznam to za sukces.   A więc uważam, że warto.  Ale z głową.  

    Tak sobie pomyślałam, że na temat szczegółów samej diety i jej efektów nie będę się w tej chwili rozpisywać.  Właśnie się zabieram za jej drugą edycję, więc krótką relację zamieszczę później. Dodam tylko, że nie chodzi tu o odchudzanie, a po pierwszej głodówce omawiałam temat szerzej podczas rozmowy z dietetyczką i wspominałam o tym lekarzom w czasie wizyt - nikt nie był zaskoczony, nie usłyszałam też słowa nagany (przyznam że skrycie się tego obawiałam, bo bliżej mi do niedowagi niż nadwagi), więc zakładam, że w środowisku medycznym temat jest, przynajmniej ogólnie, powszechnie znany.  

poniedziałek, 6 marca 2017

W kierunku zero waste: mydło w kostce.





    Mydło to takie elementarne podstawy jeśli chodzi o bezodpadowe życie.  Nie będę zatem rozpisywać się szczególnie na ten temat. Przejdę od razu do własnej subiektywnej historii i wniosków.
     Przerażona ilością plastikowych butelek, które najpierw znosiliśmy do domu z zakupów, a następnie wynosiliśmy na śmietnik, postanowiłam ten proceder ograniczyć.  Najpierw zrezygnowaliśmy z butelkowanej wody i napojów- redukcja ogromna, ale o tym w przyszłości.  Potem zaczęłam się rozglądać i zastanawiać, gdzie by tu jeszcze...  

    Trop prowadził do łazienki- butelki po szamponach, żelach, mydłach w płynie...  Od razu się przyznam, że szampon do dziś gości w mojej łazience- zużywam poczynione zapobiegliwie zapasy i obiecuje sobie test alternatywnych rozwiązań, gdy się wyczerpią.  Reszcie powiedziałam jednak do widzenia i przerzuciłam się na stare poczciwe mydło w kostce.  

     Obawiałam się wysuszenie skóry- okazało się, ze po kilku dniach się przyzwyczaiła.  Nic w nią dodatkowo nie wcieram ani nie wklepuje, a ona nie dość, że funkcjonuje, to jeszcze ma się naprawdę nieźle.  Przy czym warto zerknąć na skład mydła i wybrać takie, które będzie zawierało możliwie jak najwięcej naturalnych składników.  

    Co najistotniejsze znalezienie mydła nieopakowanego w folię nie stanowi większego problemu.  W każdej półce cenowej.  Nie brakuje świetnych mydeł polskich producentów, zarówno tych mniej jak i bardziej znanych.  W sieci pełno jest również porad jak za przygotowanie własnego mydła zabrać się w domowych warunkach.  Ja jeszcze się nie skusiłam, ale hobby jak najbardziej twórcze i zarazem praktyczne.  Może kiedyś...  Póki co wybieram te opakowane w papier i koniecznie wyprodukowane w naszym pięknym kraju.    Stosuję do o rąk, twarzy i całego ciała.  Moimi faworytami w kategorii ekstra-wydajne i odporne na działanie wody (kto lubi gdy mu mydło rozmięka?) są mydełka z Pure Soap i Tołpy.  Ale przetestowałam już masę innych świetnych mydełek i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie.  
  

niedziela, 5 marca 2017

Czarny bez bez obciachu, czyli żelki z gumijagód

     Może nieco nietypowo, ale patent wydaje mi się wart uwagi.  

Czekoladki?  Nie- środek leczniczy, czytajcie dalej...


     Męczyło mnie ostatnio przeziębienie, które z grubsza udało mi się zwalczyć domowymi sposobami.   Pozostawiło jednak po sobie złośliwy ślad w postaci uporczywego kaszlu.  Po kilku dniach bezskutecznej walki postanowiłam skapitulować i zasięgnąć rady profesjonalisty.  Pani doktor ku mej radości stwierdziła że to nic wielkiego, poleciła zaczynać dzień szklanką ciepłego mleka i zaordynowała syrop.  Zakupiłam jedno i drugie, po czym zgodnie z zaleceniami opróżniłam obydwie butelki, choć ciepłe mleko należy do jednej z ostatnich rzeczy na którą rano mogłabym mieć ochotę.  Szczerze powiedziawszy mleko lubię, ale jedynie zimne, a i tak nie pijam od kilku lat.  Nasze drogi się rozeszły, gdy wyszło na jaw, że skutecznie potęgowało trądzik, który spędzał mi wtedy sen z powiek.  

     Wracając do tematu- nawet coś pomogło, ale problem nie zniknął.  Udałam się zatem na gościnne występy i wytargałam z rodzinnej piwniczki sok z owoców czarnego bzu. Zbierałam się tak długo do zbiorów tych drogocennego owoców, że nie przygotowałam własnych zapasów.  An w tym roku, ani w poprzednim.  A chciałam, naprawdę.  Bo wiem, że warto mieć.  Mea culpa.  Planuję się w tym sezonie poprawić.  

     Sok należy zażywać po łyżce w regularnych ostępach czasu i nie żałować sobie specyfiku.  Ja trzymałam się tempa 1 łyżka co pół godziny.  Wcześniej delikatnie go podgrzałam.  Efekt piorunujący!  Tylko jak tu kontynuować kurację, gdy rano do pracy rodacy?   Poza właściwościami zdrowotnymi sok z czarnego bzu pięknie bowiem barwi usta, zęby i język.  W zasadzie zabarwi wam co tylko chcecie.  Skutecznie.  
    Żal jednak nie skorzystać z tego dobra.  Wyglądać niczym bohater baśni Konopnickiej (Na jagody) też wśród ludzi nie bardzo.  I tu olśnienie! Przerobiłam sok na żelki.  Może to i dziwne, ale działa i pozwala to spożywać bez śladu.  



Przepis:

Pół szklanki soku z czarnego bzu

Łyżeczka agaru

Sok zagotować, wsypać agar, dokładnie wymieszać* i przelać do foremki.  Zostawić do stężenia- można w tym celu na kilka minut umieścić w zamrażalniku.  

Mój sok nie zawierał cukru, ale jeśli komuś to przeszkadza śmiało można go posłodzić. Sprawdziłam z ksylitolem.  Jako foremki można użyć silikonowego pojemnika na kostki lodu lub czekoladki. Może też być zwykła miseczka.  Masa po stężeniu z łatwością daje się wyjąć. Można ją kroić na mniejsze kawałki a nawet wykrawać małą foremką do ciastek dowolne kształty.  
Gdyby żelki wyszły Wam za twarde lub za rzadkie śmiało można je ponownie ugotować i zmienić proporcje dodając więcej soku lub agaru.  Agar ma taką wygodną właściwość- potwierdzam, bo sprawdzałam.  

Całość nie zajmie więcej niż 5 minut.  

Smacznego!


* Pomogłam sobie spieniaczem do mleka.  Wymieszał to w kilka sekund.

sobota, 25 lutego 2017

W kierunku zero waste: pieczywo



     Dziś co prawda nic odkrywczego, ale w przypadku dobrych nawyków najważniejsze jest zdecydować się na zmianę, a następnie wytrwać.  Eko-ewolucji ciąg dalszy, czyli o jeden woreczek foliowy lżej.  Lżej mojemu ekologicznemu sumieniu i co najistotniejsze lżej Planecie.  

     Zakup pieczywa do własnego woreczka jak się okazało nie wymaga heroicznej odwagi.  Nie wzbudza zdziwienia u obsługi sklepu.  Co najwyżej uśmiech.  Głupio zatem znosić do domu foliowe woreczki.  Spokojnie zastąpią je bawełniane.  Ja swoje uszyłam w kilka minut.  Można wykonać samemu, można uprosić kogoś znajomego, w ostateczności kupić.  Potem w sklepie poprosić o niepakowanie w folię, podstawić własny osprzęt i grzecznie podziękować.  

Wymówka nr 1
     Tak, wygodniej kupić chlebek pokrojony w równiutkie kromeczki.  Ale postanowiłam dorosnąć, pokroić go w domu przy użyciu noża i osiągnąć mistrzostwo w estetycznym krojeniu pieczywa.  Albo jeść kanapki wykonane  z krzywo skrojonego pieczywa.  W zasadzie wszystko jedno, smakują tak samo.  

Wymówka nr 2
    Człowiek wraca sobie z pracy i wypadałoby po drodze uzupełnić pusty chlebak.  Bawełniane woreczki trzeba zatem mieć przy sobie.  Umieszczam więc po jednym zapasowym w torebce i w samochodzie (to drugie ze względu na WM*).  Obok wielorazowych toreb na zakupy, bo je nosimy i wozimy ze sobą od dawna.   Żeby nie było, że się zapomniało.  

Wymówka nr 3
   Znowu się nie udało. Skleroza, pośpiech, lenistwo i tego typu przypadłości.  Trudno się mówi, żyje się dalej.  I dalej pracuje nad utrwaleniem nawyku.  Z torbami na zakupy się udało, nie bolało, a więc się da.  

* Współmałżonek statystycznie wykonuje większość tego typu zakupów, ale zaopatrzony w bawełniany worek i polecenie zakupu doń pieczywa zadanie wykonuje szybko, sprawnie i bez zbędnych pytań.  Zatem sukces. 

wtorek, 21 lutego 2017

Zdrowa książka: "Kuchnia dla biegaczy. Siła z roślin"




"Kuchnia dla biegaczy. Siła z roślin"

Autor: Domaradzka ViolettaZakrzewski RobertParol Damian

     Jest to książka kucharska okraszona poradami dotyczącymi diety biegacza na diecie wegańskiej. Przyznam, że sięgnęłam po nią z czystej ciekawości, nie jestem na diecie roślinnej i wręcz nie cierpię biegać.  Ale w ramach poszerzania horyzontów i zgodnie z ideą, że zawsze warto szukać zdrowych inspiracji przytaszczyłam ją z biblioteki.  Swoją drogą dobrze zaopatrzona biblioteka pozwala bezkarnie sięgać po pozycje, których pewnie bym nie zakupiła, ale uwaga - już nie raz przelotne spotkanie z książką zakończyło się u mnie zakupem własnego egzemplarza. 

Co znajdziemy w środku?  

     Przepisy na mądrze skomponowane wegańskie posiłki uwzględniające zapotrzebowanie organizmu poddawanemu regularnym treningom.  Wstęp teoretyczny napisany przystępnie,  wszystkie przerywniki pomiędzy przepisami jak np. opisy biegów długodystansowych czy informacje o suplementacji również, a nie są to tematy które mnie pasjonują.  Za to duży plus.  Składniki nie są wyszukane, zwykle bez problemu znajdziecie je w pobliskim sklepie nie nadwyrężając przy tym domowego budżetu.  To co spodobało mi się najbardziej to system prostych oznaczeń informujący m.in. że dana potrawa bogata jest w żelazo, witaminę D, białko, cynk itd.  To ułatwia komponowanie posiłków, gdy na konkretne zapotrzebowanie chcemy zwrócić szczególną uwagę.  


     Strona graficzna nie jest najmocniejszym punktem tej pozycji.  Wszystkie potrawy są zaprezentowane na fotografiach, ale ja przyzwyczajona jestem już chyba do wysmakowanych fotografii kulinarnych i niełatwo zachęcić mnie do ugotowania czegokolwiek, jeżeli zdjęcie mnie nie urzekło.  To z pewnością nie jest najlepsze podejście do tematu, ale czerpię dużą przyjemność z przeglądania pięknie wydanych receptariuszy.  
      Podsumowując, nie jest to książka przeznaczona do kontemplowania jej szaty graficznej, ale pozycja bardzo praktyczna.  Dla biegaczy jak najbardziej i to nie tylko wegan - posiłki warto urozmaicać bez względu na dietetyczne deklaracje, a tu inspiracji nie brakuje.  Zbyt dużo czasu na ich wykonanie nie poświecimy, więc na trening z pewnością go nie zabraknie. 

     Zatem dla biegaczy i zabieganych polecam.  Sama jestem ignorantką w tym temacie i lubię nakarmić oczy porcją uroczych fotografii, więc z "Kuchnią dla biegaczy." nie planuję dłuższego romansu.  

niedziela, 19 lutego 2017

Daj włos! - czyli to już chyba upcycling?

     Dziś krótko, ale z przesłaniem.  Prześladowała mnie myśl o zmianie fryzury, zatem postanowiłam wycisnąć z tego wydarzenia coś więcej niż tylko zmiana wizerunku i  poprawa humoru (no, kto nie kieruje tego spojrzenia w lustro okraszonego głęboko ukrytym samozadowoleniem  po wizycie u fryzjera?).  Na głowie lżej, rzekłabym nawet taki minimalistycznie się zrobiło, wystarczy przeczesać grzebieniem.  


     Włosy po ścięciu powędrowały do fundacji Rak’n’Roll w ramach akcji "Daj włos!".  

    Zostaną przetworzone na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii. zamiast wylądować w koszu na śmieci, więc myślę, że jest to swego rodzaju upcycling. 
     
Tuż przed rozstaniem skusiłam się na pamiątkową fotografię...



     Decyzja nie była spontaniczna, bo o akcji słyszałam pierwszy raz już dość dawno temu.  Postanowiłam więc wytrwać nieco dłużej niż planowałam z długimi włosami i zapuścić je dodatkowo na tyle, by po ścięciu minimalnej długości (25 cm) nie zostać z nazbyt skróconą fryzurą, bo jakoś nie widzę siebie w bardzo krótkich włosach.  Ostatecznie okazało się, że warkocze po ścięciu miały ok 40 cm ku zaskoczeniu mojemu i fryzjerki, a ja zostałam jeszcze z twarzowym bobem na głowie (tak, to niezwykle skromny wpis).  Nie żałuję. Odrosną! :)

     Wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na stronie fundacji.  Poza wizytą u fryzjera, którą i tak miałam w planach, całość kosztowała mnie tyle co wysyłka listu- zarówno czasowo jak i finansowo.  Zatem polecam.  Poprawcie humor sobie, fryzjerce* i przy okazji zróbcie coś dobrego.  Jeśli tylko chcecie!


Pod tym kątem jestem raczej leniwcem, więc były nietknięte nadmierną stylizacją i farbowaniem




* Odnoszę wrażenie, że fryzjerki bardzo lubią odważne cięcia.  Siłą rzeczy chyba nie zdarza im się to bardzo często, bo większość wizyt to raczej drobne zmiany i farbowanie.  A mają z tego sporą frajdę.   Tak przynajmniej wnioskuję z własnych doświadczeń, a nie pierwszy raz zrzucam z głowy sporą ilość włosia.