piątek, 21 kwietnia 2017

Powolna redukcja garderoby cz.2



Kontynuuję rozpoczęty ostatnio wątek garderoby. 
 
Postanowiłam, że wykorzystuję na maksa to co mam i w ten sposób zaczęłam redukować buty, ubrania i dodatki.

     Pierwszym krokiem był przegląd garderoby i testowe wprowadzanie do użytku niewyciąganych na co dzień z szafy elementów.  Niejednokrotnie zdarzało mi się otrzymywać komplementy, gdy np. częściej zaczęłam ubierać sukienki i spódnice, które chętnie kupowałam, ale wisiały w szafie przegrywając ze spodniami.  Sama dziwiłam się, gdy wyjmowałam kolejny ciuch, który przecież tak mi się podobał, a zalegał nieużywany.  

     Żeby było mi łatwiej i dla przyspieszenia redukcyjnych sukcesów wytypowałam kandydatów "na dotarcie".  Okazało się bowiem, że wcale nie tak łatwo zużyć swoje ubrania.  Nigdy nie miałam większych problemów z zakupami kiepskich jakościowo ciuchów- już gdy byłam dziecięciem mama nauczyła mnie oglądać dokładnie każdą sztukę przed zakupem i wybierać raczej trwałe i naturalne materiały.  
     A to oznacza, że ubrania dłużej posłużą. Świetna sprawa gdy je lubimy, gorzej gdy właśnie postanowiliśmy wyeksploatować je na śmierć, a one uparcie mają się całkiem nieźle ;).  I tu pojawia się element "kary za zakupy", czyli konsekwencje wcześniejszych wyborów.

 Ma to zasadniczo dwie zalety:

1. Po dłuższym i intensywniejszym niż dotąd użytkowaniu niektórych ubrań nie rozumiem, co dotąd powstrzymywało mnie przed ich noszeniem.  Można powiedzieć, że z czasem je nawet polubiłam, przekonałam się do niektórych krojów i kolorów.  Lub wręcz przeciwnie- jestem pewna, że już więcej nic podobnego nie kupię.   

2.  Nieoceniony walor edukacyjny, jakim jest zgłębianie tajników własnej garderoby i męczenie tych ubrań na wszelkie możliwe sposoby, skutkuje dużą ostrożnością w przypadku nowych zakupów.  Mam kilka kryteriów, których staram się teraz trzymać wpuszczając nowe ciuchy do swojej szafy.   Zapełnia się więc dużo wolniej nowościami, a te są zdecydowanie bardziej trafione w mój gust i moje potrzeby. Nie chcę, żeby ubrania w niej zalegały, a nie uśmiecha mi się męczenie z nietrafionymi wyborami.   
 
     Wracając do wątku straceńców- wybrałam kilka sztuk odzieży, które zapowiadały się skapitulować najszybciej i starałam się nosić je jak najczęściej.  Bez taryfy ulgowej niektóre z nich szybko zakończyły swój ubraniowy żywot, inne wykazały się zaskakującą trwałością.  Satysfakcja, gdy z czystym sumieniem mogłam wyrzucić kompletnie wymęczony ciuch była ogromna.  

     Dla ułatwienia przeprowadziłam małą segregacje i tak ułożyłam swoje ubrania, by sięgać po "grupę śmierci" jak najczęściej.  Ogromna w moim przypadku kolekcja bielizny została podzielona i np. spora część skarpetek została schowana.  Te które pozostały, intensywnie prane i użytkowane, odchodzą kolejno na emeryturę i są kolejno zastępowane przez te odłożone.  W ten sposób niespodziewanie polubiłam się z podkolanówkami.  Nie wiem po co kupowałam długie kolorowe skarpetki, skoro nigdy ich nie ubierałam ("co za okazja, nie mam jeszcze żółtych w swojej kolekcji").  Kiedy się zmusiłam do ich użytkowania okazało się, że nawet nam po drodze i umilały mi długie, chłodne miesiące.  

     W międzyczasie zupełnie dobrowolnie do wyzwania dołączył WM i też postanowił zmniejszyć swoją kolekcję koszulek i bielizny.  Poza tym nie ma problemów z nadmiarem w garderobie- cóż, mężczyznom zdecydowanie łatwiej się ograniczać  w tym temacie.  Twierdzi, że przemawia do niego aspekt ekologiczny i dzielnie towarzyszy mi w postanowieniach.  Taka mała prywatna grupa wsparcia :)

     W efekcie oboje kupujemy mniej i rzadziej wybieramy się na rajd po sklepach - to ważne, bo żadne z nas nie traktuje wizyty w centrum handlowym jako przyjemności.  Powoli uzupełniamy braki w garderobie, ale już z dużo większą niż uprzednio świadomością.  Stawiamy na jakość i staramy się wspierać swoimi wyborami polskich producentów. W końcu głosujemy swoimi portfelami i przemawia do nas idea gospodarczego patriotyzmu. Przez to nie mogę powiedzieć, że nasze wydatki na ubrania jakoś drastycznie zmalały, ale też nie wzrosły.  Zamiana ilości w jakość następuje bezboleśnie, bo rozłożona jest w czasie.  

czwartek, 13 kwietnia 2017

Powolna redukcja garderoby cz.1

     
         Chyba każdy, kto zaczyna świadomie rozglądać się wokół i redukować wszechobecny nadmiar, staje przed tym dylematem.  A właściwie staje przed szafą i zaczyna dumać... Oględziny dobytku w 99% przypadków prowadzą do stwierdzenia, że ubrań jest za dużo, a czystki w garderobie są konieczne. Nie stoi to na przeszkodzie stwierdzeniu, że nie mam się w co ubrać :)




     Zwykle tego typu historie wspominają o kilku workach wyrzuconych lub oddanych ubrań.  Gdybym postanowiła wyrzucić z szaf kilka worków ubrań zapewne nie miałabym co na siebie włożyć.  Nigdy nie doszłam do takiego etapu gromadzenia, ale i tak w szafie robiło się zdecydowanie za ciasno, a spora część garderoby zalegała nieużywana.  Chodziłam wokół tego tematu dość długo, bo takie zwyczajne pozbywanie się problemu poprzez wyniesienie z domu kilku worków nie było akceptowalne przez moje ekologiczne sumienie.  
    
      W pierwszej kolejności pozbyłam się ubrań, które trafiły do konkretnych osób.  Najzwyczajniej w świecie oddałam je komuś, komu będą służyły.  Zredukowało to kolekcje o kilka sztuk i przyznam, że widok znajomej w waszym niekochanym od dawna, ale świetnie zachowanym sweterku daje poczucie ulgi- nie zmarnowało się!

     Kilka sztuk odzieży zostało wytypowane na handel- tu sprawdza się u mnie OLX, z którego sama chętnie korzystam, gdy czegoś potrzebuję.  Wpływy do budżetu z tego procederu są niewielkie, ale rekompensują przynajmniej czas poświęcony wizytom na poczcie.  Fakt, że kolejne elementy garderoby uwolniły przestrzeń- bezcenny.  Dodatkowo brak opłat na tym portalu pozwala na spokojne oczekiwanie, aż ktoś zgłosi się po nasze szmatki, a to zwykle trwa i należy uzbroić się w cierpliwość.  Ja mam w szafie pudełko do którego wkładam ciuchy wystawione na sprzedaż, bądź wytypowane na oddanie i tam spokojnie sobie leżą czekając na nowego właściciela.

     Co jednak z całą resztą, z którą nie umiałam się rozstać lub nie nadawała się już by przekazać ją komuś innemu?  Tu postawiłam na niepopularne rozwiązanie, które miało być jednocześnie eksperymentem i małą karą za zbyt częste zakupy (choć mam wrażenie, że w skali społeczeństwa nie kupowałam jakoś specjalnie dużo ubrań).  Postanowiłam rozprawić się z problemem tak jak zapewne robiono to od wieków, nim zagościły w naszej rzeczywistości galerie handlowe i możliwość zakupów przez internet.  Kupiłaś - to używaj.  Zwyczajnie korzystaj z tego na co wydałaś swoje ciężko zarobione pieniądze.  Zastanów się czy aby na pewno nie ma w szafie już czegoś, co właśnie wydaje się niezbędne i warte zakupu.  Zmusiłam się do większej kreatywności i sięgnęłam wgłąb swoich szaf i szuflad.  Dlaczego nie noszę tej bluzki, na jaką okazję czeka ta sukienka? Itp, itd....  Przecież sama kupiłam te ubrania, więc w jakiś sposób odzwierciedlają mój gust i poczucie estetyki. Zadecydowałam więc, że wyduszę z tego co mam jak najwięcej.  Zużyję, zedrę, przerobię.  A przy nowych zakupach wykażę się większą ostrożnością.