wtorek, 16 maja 2017

Powolna redukcja garderoby cz.4




     Wałkowanie tematu garderoby prędzej, czy później prowadzi do zakupów.  Oby później, bo nie chcemy mieć w domu kilogramów ubrań zalegających w szafach.  Pojawiają się jednak sytuacje, gdy na zakupy zdecydować się trzeba.  Zupełnie nie mamy czym zastąpić zużytych elementów lub pojawiają się nowe potrzeby.  
     Z tymi nowymi potrzebami staram się być jednak ostrożna. Przykładowo, gdy zaczęłam uczęszczać na ćwiczenia w fitness klubie nie kupiłam ani jednej sztuki odzieży.  Miałam w domu legginsy i wygodne koszulki, więc uznałam zakup dedykowanych do tego celu sportowych ubrań za zbędny.  Po 1,5 roku podtrzymuję to stanowisko.  Matę do ćwiczeń kupiłam, ale ubrań już nie.  
    W nieskończoność zużywać własnych ubraniowych zapasów się jednak nie da, nawet gdy nie zmienimy rozmiaru czy trybu życia.  Postanowiłam więc trzymać się w przypadku nowych zakupów kilku zasad.

    1.  Najważniejszą wyznacza poczucie gospodarczego patriotyzmu.  Chciałabym, żeby ubrania które noszę produkowane były w Polsce, a ludzie którzy je szyją godziwie zarabiali.  Odpada transport z drugiego końca świata, redukuje się szkodliwy wpływ na środowisko.  Każdy chyba słyszał choć trochę o warunkach pracy w azjatyckich szwalniach.  Nie czuję się dobrze, myśląc że przykładam do tego rękę.  Skoro chciałabym,żeby w sklepach królowały wytwory rodzimego przemysłu, powinnam je kupować.  Że najczęściej okaże się drożej? Trudno, ale tak logicznie myśląc, chyba każdy by wolał, żeby jego znajomi, sąsiedzi, członkowie rodziny mieli pracę i to taką satysfakcjonującą finansowo.  Kupując tanią szmatkę w zagranicznej sieciówce nie sprawiam, że tak się stanie.  Świat zmienia się powoli, małymi krokami, przy dokonywaniu codziennych wyborów.  Kupując rzadko jakoś da się przełknąć te wyższe ceny, zresztą jak wszędzie panuje dość duża rozbieżność w tym temacie i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.   Trzeba tylko poszukać, to niestety zajmuje trochę czasu, więc mamy kolejny argument za rzadszymi zakupami.  

 2.   Ile ubrań faktycznie potrzebuję i jestem w stanie regularnie używać?  Nie wiem, ile czasu zajmie mi dojście do granicy, w której stwierdzę, że mniej to już za mało.  Zważywszy na to, że postanowiłam rozprawić się z garderobą bez bezmyślnego wyrzucania, trochę to potrwa...  To co leży nieużywane zwyczajnie się jakby marnuje, bo nie wykorzystujemy potencjału danej rzeczy.  Nie tyczy się to tylko ubrań, czy butów. Zrezygnowałam więc z kupowania bo ładne, jeszcze takiego nie mam, kiedyś się przyda, albo jest okazja. Potrzebuję i będę regularnie używać?  Jeśli nie, to szkoda mojego czasu, pieniędzy, środowiska i miejsca w moi domu. 

3.  Kupuję dla siebie i poza oczywistymi względami typu ubiór do pracy czy jego stosowność do różnych okazji, nie martwię się zbytnio o trendy sezonu.  Swoją drogą, kiedy wydaje mi się, że nic głupszego w modzie już wymyślić nie można, ludzkość udowadnia mi, że jednak.... Lepiej trzymać się tego co mi służy i w czym ja czuję się dobrze.  Każdy zrozumie to inaczej, zinterpretuje pojęcie klasyki po swojemu i to jest fajne.  

    Pozostaje jeszcze kwestia tego gdzie kupować.  Poza staraniami o patriotyczne pochodzenie własnej dzieży, w ramach ekologicznych rozwiązań dopuszczam jeszcze wizyty w second handach.  Poczciwy lumpeks poratuje, gdy budżet nie pozwoli na większe wydatki i zaspokoi nagłą potrzebę kupienia sobie czegoś nowego.  Jednak po tym jak zakupiłam sukienkę, która gościła na moim ciele tylko w czasie przymiarki, staram się podchodzić do zakupów w tych przybytkach bardzo restrykcyjnie.  Szukam raczej perełek i zupełnie się nie zrażam tym, że zwykle wychodzę z pustymi rękami.  Nie chcę utonąć pod stertą nienoszonych ubrań, tylko dlatego, że było tanio i zakupom nie towarzyszyły ekologiczne wyrzuty sumienia.  Nienoszone ciuchy powinny jednak je wywoływać.  
Co do zupełnie nowych ubrań zapełniam szafę powoli, to tu, to tam.  Może się kiedyś pokuszę o konkretniejsze sprawozdanie.  Póki co testuję na sobie, bo o ile opinie na temat ciuchów z takiego h&m  wyrazi prawie każda zapytana o to znajoma, to w przypadku polskich marek jest dużo gorzej.

     Ostatecznie wolę jednak kupić 2 sztuki odzieży spełniającej moje wymagania na rok, niż wrócić do domu z reklamówką szmatek i martwić się potem co z nimi zrobić.  Tak na marginesie- reklamówkom mówimy stanowcze nie!  (nawet w czasach gdy udawałam się na galeriowy shopping pakowałam nabytki do własnych płóciennych toreb- trzeba tylko ubiec sprzedawcę i konsekwentnie odmawiać pakowania w plastik).  

środa, 3 maja 2017

Powolna redukcja garderoby cz.3




     O moim sposobie na powolne i bezstresowe redukowanie zawartości szafy już było.  Pozostaje kwestia tego co dalej?  Co z elementami, które z racji swojego zużycia wypadają z obiegu?  Czym je zastąpić.  

     Siłą napędową moich działań jest zamiłowanie do porządku i niezagraconych przestrzeni oraz aspekt ekologiczny. Odpada zatem wyrzucanie do zwykłego kosza wyeksploatowanych ubrań.  Lądują w specjalnych kontenerach, a jak to wygląda w praktyce można przeczytać tutaj. Nie będę się powtarzać, wszystko jest tam pięknie wyjaśnione, a sam blog jest kopalnią fantastycznych pomysłów.  

   Czasem jednak warto zastanowić się, czy aby nie da się tych zmaltretowanych szmatek jeszcze jakoś wykorzystać.  Ściereczki do sprzątania, czy czyszczenia butów w moim domu pochodzą ze zużytych bawełnianych koszulek.  Niełatwo trafić na idealny do sprzątania i chłonny materiał, więc nie przepuszczę żadnemu rokującemu w tym kierunku skrawkowi bawełny.  Wystarczą umiarkowane zdolności krawieckie, żeby z resztek uszyć np. woreczki.  W sieci aż kipi od upcyclingowych inspiracji.  Kilka sztuk odzieży nienadającej się do noszenia zostawiłam sobie ze względu na interesujący wzór czy materiał- czekają aż przyjdzie wena i właściwy moment, żeby nadać im drugie życie.  

     Kiedy patrzę na to, w jakim tempie redukuje się garderobę "przez zużycie", konieczność zakupowych wycieczek wydaje się raczej odległa w czasie.  To nie kuchenne zapasy, które można zużyć w przeciągu kilku dni czy tygodni.  Prędzej, czy później nadejdzie ten moment. Ubrania się wykruszą i ciężko będzie znaleźć dla nich zamienniki.  

   Właśnie- zamienniki! - bo kreatywne podejście do garderoby pozwala spojrzeć na poszczególne jej elementy w nowym świetle.  Zamiast szukać nowego wiosennego płaszcza, zaczęłam na jego miejsce nosić dość ciężki, nietypowo skrojony żakiet.  Nie sprawdzał się na co dzień, ale jako okrycie wierzchnie okazał się idealny!  
     Gdy brakuje mi pomysłów, myślę sobie, co bym zrobiła, gdybym absolutnie nie mogła sobie pozwolić na nowy zakup. Czasem to pomaga i do głowy wpadają nowe pomysły.  Każda szafa jest inna i każdy będzie miał inne możliwości ,a co za tym idzie pomysły na jej wykorzystanie.  

     Czasem zmiana przeznaczenia ratuje sytuację.  Koszulki, które są wygodne,a z różnych przyczyn nie noszę ich na co dzień zaczynają nowe, nocne życie i stają się elementami piżamy.  W tym samym celu oddelegowałam kiedyś dresowe spodnie.   Nie znoszę tego typu ubrań,więc  zalegały kilka lat, aż zostały częścią zimowego zestawu do spania i tu doceniłam wreszcie walory materiału.  Nocny upcycling jest chyba moją specjalnością, bo w roli szlafroka męczę ostatnio wygodną bluzę odziedziczoną po małżonku.  Posiadam, też tradycyjnie uznane za piżamę elementy garderoby- nie każdy mój nocny outfit jest taką zbieraniną :D  Ale własne kompozycje okazują się być w moim przypadku najbardziej trafione.  

Tym sposobem znowu nie dotarłam nawet do kwestii zakupów.  O tym innym razem.