czwartek, 15 listopada 2018

Tydzień przeglądania zapasów i wydawanie wyroków

     

     Skoro zakładam, że (prawie ;p) wszystko mam, to powinnam zacząć od przynajmniej pobieżnej weryfikacji stanu posiadania. 

     Tu na wstępie warto chyba wspomnieć, że raczej nie będzie to dramatyczna historia o tym jak spektakularnie odgruzowałam przestrzeń po rzuceniu pracy w korpo i okryłam mnogość wariantów tych samych przedmiotów we własnym domu, którymi to pocieszałam się na kompulsywnych zakupach, próbując zatuszować smutek duszy. 

    Ja jestem w tym temacie względnie ogarnięta.  Zamieszkuje niewielkie miasteczko,więc cześć pokus takich jak centra handlowe, omija mnie szerokim łukiem.   Troska o dobro Planety nie pozwala mi hasać przez życie z wypełnionym po brzegi koszykiem jednorazowych przyjemności made in China.  Metraż naszego mieszkania ogranicza dość skutecznie co większe zakupowe zapędy.  Ba, ja nie znoszę galerii i supermarketów, a zwykłe codzienne zakupy to dla mnie konieczna acz niepowetowana strata czasu.  Gdyby nie shopping online byłabym zapewne bogata ;p 
   
Prawda jest jednak taka, że niemal wszyscy konsumujemy jak szaleni.  Niemal nikomu nie przynosi to długofalowych korzyści, ani szczęścia (podobno).   I zmierzamy ku globalnej ekologicznej katastrofie (albo zwyczajnie nie zauważamy, że już w niej tkwimy po uszy).  Nie ma się co oszukiwać- chcemy żyć szczęśliwie i względnie wygodnie i ja nie jestem w tej kwestii żadnym nawiedzonym wyjątkiem.  Szukam więc balansu. 

     Zapasy to dość szerokie pojęcie.  Wypełnione kuchenne szafki,  kompania skarpet na najbliższą dekadę, piwnica napakowana kompotem i kiszonymi ogórkami.  Pudełko włóczek, sterta połówek czystych kartek do zużycia w ramach oszczędności papieru, półka nieprzeczytanych książek.   Potrzebne mniej lub bardziej.  Generujące poczucie bezpieczeństwa albo stertę wyrzutów sumienia.  Skrzyżowanie fascynacji minimalizmem, ekologicznych zapędów i jakoś tam pojętej zgodnie z rodzinną tradycją gospodarności. 

  Mam, a więc przeglądam i zużywam co mam. 
     Co oznacza, że sięgam głęboko do szafki z zapasami spożywczymi  i w ciężkim szoku odkrywam tam puszkę pomidorów nieco starszych niż rekomendowana data spożycia.  Pstryczek w nos, bo myślałam, ze jestem w tym temacie prawdziwym mistrzem ogarnięcia . 

     Mam żelazny zapas ziół i herbat.  Soli wystarczy mi w razie wybuchu wojny -mam himalajską, cypryjską, czarną, białą, różową, morską, kłodawską... i niewiele solę, a przynajmniej wierzę, że nie solę - tempo zużycia tych zapasów zdaje się to potwierdzać.

   Priorytetowo postanawiam skupić się na szufladzie z przyprawami i lodówce.  Przekopać zamrażalnik, wytypować do intensywniejszej znajomości nieużywane kosmetyki. 
     Naprawdę lubię wyrzucać (wyrzucania żywności jednak nie trawię jak mało czego).  Zrobione od czasu do czasu porządki i wietrzenie szuflad szczerze mnie satysfakcjonują.  Schody pojawiają się w momencie, gdy narzucimy na to głębszą- nazwijmy ją tu ogólnie ekologiczną- refleksję. 

     Zamiast szybkiego spotkania z osiedlowym śmietnikiem, czasem wręcz żmudny proces myślowy.  Nie wyrzucać,  spożytkować, przekształcić, oddać, sprzedać, wymienić...

Zamiast ekologicznej opresji potraktować to jak wyzwanie.  I spróbować świetnie się przy tym eksperymencie bawić.   Nie od razu Rzym zbudowano.  Taki mam plan. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz